blog Mrówki
... żeby wszystkim nam było weselej...

logo

275. wyczerpana
Notatkę dodano:2007-05-24 21:26:23

Rozmawiałyśmy wczoraj z Anią (Szczepanik) w okolicach rektoratu. W południe. W pewnym momencie Ania zapatrzyła się na wróbla i nagle westchnęła, mówiąc:
- Jakbym miała tak przez całe życie skakać, to chyba bym zwariowała!

Nieśmiało zwróciłam jej uwagę, że ptaki od czasu do czasu też fruwają. Wróbel zrobił mi grzeczność i zademonstrował tę umiejętność. Na szczęście ;).

W klatce Mrówki (to znaczy w klatce SCHODOWEJ, nie, że ktoś Mrówkę w klatce zamknął) co roku szpaki zakładają gniazdo. W tej chwili dorastają maleństwa z drugiego... hmm... lęgu? Znoszenia jajek? W każdym razie teraz jest w gniazdku aż pięć przepięknych i zdrowych szpaczątek! Lada dzień zaczną fruwać, już najchętniej wyszłyby z gniazda. I ciągle piszczą, bo są bez przerwy głodne. Urocze.

----------------------------

A teraz druga część notki.

Dzisiaj był ostatni czwartek miesiąca (nie żeby kalendarzowy, tylko ja tak nazywam spotkania Klubu Dobrej Książki). Zabrałam ze sobą tym razem Anię.
Mam jej deklarację na piśmie, że za miesiąc idzie ze mną znowu! Ha! Mówiłam, że tam jest świetnie :).

Na spotkania ostatnioczwartkowe przychodzi pewien pan, o umyśle (umownie umyśle, pan sprawia wrażenie, jakby cierpiał na chroniczny deficyt myśli) przefiltrowanym przez jedyne nieomylne radyjo. W literaturze szuka tylko - cytuję - "WARTOŚCI" i "PRAWDY". Właśnie tak. Drukowanymi literami. Nie dociera do niego istnienie czegoś takiego jak fikcja literacka. Nie dociera do niego istnienie ironii. Szczerze mówiąc NIC do niego nie dociera. Sprawdziłam, bo bezsensownie wdałam się z nim w dyskusję jeszcze przed spotkaniem (on zaczął, ale moja wina, że po pierwszych bredniach nie powiedziałam mu, że bredzi, tylko starałam się logicznie argumentować swoje stanowisko). Teoretycznie powinnam mieć wprawę w ignorowaniu tego typu zacietrzewienia (po czterech znajomych przypadkach...). W praktyce do pana można było mówić. Albo NIE mówić. Jak do ściany. Na jedno wychodziło. Miałam alternatywę - zawołać na pomoc Bossa albo wykorzystać wiedzę z dwóch lat wykładów z kultury literackiej. Postawiłam na to drugie. Ale i tak nic nie dało.

Dyskusję pan próbował rozwalić, nie wyszło mu. Na szczęście. I dzięki Bossowi i Laudatorowi.

Natychmiast po spotkaniu pan zerwał się z krzesła i poleciał dyskutować.
Sprawdziłyśmy z Anią, czy nie trzeba będzie ratować Bossa na zasadzie "Panie profesorze, bo my tu mamy taką pilną sprawę i bardzo prosimy, żeby pan TERAZ i NATYCHMIAST z nami poszedł". Ale poleciał do Laudatora. Jakby mniej żal ;).


Komentuj(12)

-------------------------------------------------------------------


274. prokreacja
Notatkę dodano:2007-05-23 20:25:29

- Zboczeńcy! - krzyknął wczoraj Fimbul, kiedy wieczorem rozmawialiśmy na gg. Nie umiałam sobie tego okrzyku do niczego dopasować, więc poprosiłam o wyjaśnienia.
- Na moim monitorze - zaczął Fimbul niepewnie - Jakby ci to powiedzieć... - I zacytował Miłosza pastiszującego księdza Bakę:

Ach te muchi
ach te muchi
wykonują dziwne ruchi.

Spadłam z krzesła ze śmiechu. Kiedy ponownie się na nie wdrapałam, przeczytałam dopisek Fimbula:
- Tylko mi to przeszkadza...
- A duże są, czy takie małe jak piksel? - poinformowałam się.
- Małe.
- Aha... to nie zwracaj uwagi. Jak skończą, to sobie pójdą - wykrztusiłam. A potem od razu dla porządku zapytałam, czy mogę to wykorzystać na blogu.

Fimbul pozwolił mi na to, ale zażądał wierszówki.
Dostał fraszkę:

Fimbulwinter
Naciąga Mrówkę
Na wierszówkę.

Tanio mi się udało kupić materiał na notkę ;)

A w tej chwili trwa jakiś mecz - Sal powiedział, żebym napisała na blogu, że wszyscy mają kibicować AC Milan.
No chyba że coś pokręciłam ;)

 

PS - Zadra, mam nadzieję, że Ci się ta lubelska powódź nie dała we znaki...


Komentuj(7)

-------------------------------------------------------------------


273. książka przyszłości
Notatkę dodano:2007-05-22 20:58:59

SKARGA 

Dotyczy: Sławka zwanego Slkiem albo Tyranem.
Osoba pokrzywdzona: Mrówka.

Opis wydarzeń:
Slk przygotowywał sobie konspekt lekcji, którą miał przeprowadzić dzisiaj w jakiejś piątej (chyba) klasie. Podczytywałam mu przez ramię (za jego zgodą) to, co pojawiało się na ekranie laptopa i komentowałam na bieżąco.

Jako ostatni punkt lekcji wpisał Tyran pomysł, żeby dzieci narysowały, jak wyobrażają sobie książkę przyszłości.
Podskoczyłam na krześle, wyciągnęłam kartkę i powiedziałam Sławkowi, że ja nawet mam pomysł, jak taka książka przyszłości wyglądać powinna. Slk uprzejmie wyraził zgodę na realizację moich twórczych idei.
Narysowałam.

Mój rysunek wyglądał tak:

 

.

 

Slk przeniósł wzrok z kartki na mnie i ostrożnie (bo z wariatami trzeba delikatnie) poprosił o wyjaśnienia.
No to powiedziałam mu, że to jest taki przycisk i jak się go dotknie, to pojawia się książka, którą właśnie chcemy poznać. Może się wyświetlać gdzieś w powietrzu, może być czytana przez lektora wprost do naszego ucha, może być w formie tradycyjnej (na przykład wyjeżdżająca ze ściany, żeby nie trzeba było biegać po bibliotekach i po księgarniach). Po paru godzinach zmodyfikowałam jeszcze pomysł i stwierdziłam, że to nie musi być przycisk. Wystarczy narysować sobie na byle jakiej kartce kropkę i ją nacisnąć. W końcu to książka PRZYSZŁOŚCI ma być... Mogę sobie nie żałować.

Przedstawiłam pomysł i byłam z siebie dumna. A Slk? Slk zachował się okrutnie.
Nie pochwalił mnie.
Nie dał mi żadnej nagrody (a dla dzieci przewidywał jakieś cukierki!)

Powiedziałam mu, że postąpił niepedagogicznie i obrażam się na niego.
Sal, kiedy wieczorem zobaczył na gg moją wersję książki przyszłości, skomentował - "cóż za prostota w formie".
Fimbul, jak mu pokazałam sam rysunek, bez wyjaśnień, zapytał:
- To znaczy, że niby mało będą czytać?
A potem wprowadził własny pomysł, na książkę w pigułce.
- Ale to chyba już jest, no nie? Nie tak się mówi na bryki? - zastanowiłam się.
- W pigułce, a nie w pigule - odrzekł Fimbul. - Łykasz, popijasz wodą i wiesz, o czym jest.
- Taaa... a niektórymi książkami to ci się nawet odbija... - dodałam.
- Albo masz po nich niestrawność - uzupełnił Fimbul.
- Ale przecież już teraz się o niektórych mówi, że połykają książki! - zauważyłam.
No to mamy gotową prognozę. Już się zaczyna sprawdzać.

Zaraz potem poskarżyłam się Fimbulowi, że za mój odkrywczy pomysł nie dostałam od Slka żadnej nagrody. ŻADNEJ.
- Jak to? - zdziwił się Fimbul. - Nie dał ci cukierka?
- Nie!
- Ani plusa?
- Nie! Jutro go za to obsmaruję na blogu.

A dzisiaj Fimbul z Slkiem weszli w jakąś tajną komitywę i razem stwierdzili, że Slk miał rację.

NIE MIAŁ!
Prawda? ;)

 

PS - a teraz idę czytać zupełnie tradycyjne i cudem znalezione Fado Stasiuka na ostatni czwartek, bo sobie dzisiaj uświadomiłam, że ostatni czwartek miesiąca jest już w tym tygodniu... Życie nie przestaje mnie zaskakiwać.


Komentuj(24)

-------------------------------------------------------------------


272. złamany kręgosłup
Notatkę dodano:2007-05-21 20:43:24

Po raz pierwszy od pięciu lat wyruszyłam dzisiaj do Katowic z plecakiem. Z prostej przyczyny: w torbie wszystko, co musiałam ze sobą zabrać, by się nie zmieściło, a poza tym nie było szans udźwignięcia tego na jednym ramieniu. Miałam ze sobą trzy egzemplarze pracy magisterskiej, książkę dla Olka, tekst dla Sławka, indeks, zdjęcia, różne papiery do dziekanatu, dwie butelki picia, jakąś kanapkę i masę drobiazgów rozmaitych, mniej lub bardziej (częściej bardziej) ciężkich.

Musiałam zawieźć prace do ksero, tam oprawić i pozbyć się ich na wydziale. Kamil (Sal) nawet zaoferował mi swoją pomoc w przeniesieniu tego od ksera do wydziału. Miał siłę, miał chęć, tylko czasu nie miał ;). Trzeba było sobie jakoś radzić. Pocieszałam się więc, że to nie jest taka obszerna praca.

Z nadzieją, że im bliżej ziemi tym mniejsze przyciąganie, zeszłam rano ze swojego czwartego piętra i powlokłam się do autobusu. Ale spotkało mnie rozczarowanie. Przyciąganie było tym większe, im dalej szłam.

Jakoś naiwnie liczyłam na to, że po oprawieniu moje prace staną się lżejsze. Nic z tego. Nie wiem jakim cudem dostałam się na wydział i to na czwarte piętro, ale jakoś się udało. Dotarłam do Bosskiego Promotora i powiedziałam, że mam złamany kręgosłup (na co Boss natychmiast zapytał, czy moralny, więc przy okazji padłam ze śmiechu).

Może by i martyrologiczna historia zakończyła się w tym momencie. Ale traf chciał, że dzisiaj rano mi strzeliły korzonki. I całe to dźwiganie musiałam odwalać z dodatkowymi atrakcjami. Nie rąbnęło mnie mocno, problem mam głównie przy schylaniu się. I prostowaniu. Kiedy człowiek nie może się normalnie wyprostować BEZ obciążenia, to wesoło mu się robi, kiedy ma przy tym podnieść jeszcze plecak cięższy od siebie (i pomyśleć, że biedne mrówki mają to w zwyczaju... znaczy, nie podnoszą plecaków, tylko różne kamyczki, ale przesłanie jest takie samo).

Tak egzystowałam sobie ze złamanym kręgosłupem i rwącymi korzonkami. I przypomniała mi się jedna historyjka z trzeciego roku.
Połamało mnie wtedy w trakcie zajęć (też korzonki, a jakże) i do końca dnia nie udało mi się wyprostować, chodziłam tylko zgięta wpół. Do przystanku doholował mnie Olek, bo w tych czasach jeszcze codziennie wracaliśmy razem.
Przez całą drogę Olek mnie rozweselał. To znaczy... "rozweselał" to mało powiedziane. Szłam z nosem przy ziemi i płakałam ze śmiechu, udając, że się zginam z nadmiernej radości, a nie przez korzonki.
Na przystanku na Warszawskiej (wtedy jeszcze tam był...) spotkałam brata. Mojego. Własnego. Brat zobaczył mój stan, zabrał mi torbę i niósł do samego domu (co miało swoje dobre strony, nie powiem ;)). A potem była górka...

Brat pokonał wzniesienie bez problemów i czekał na mnie, przyglądając się, jaką wybiorę metodę dotarcia na wierzchołek (bo przy dwumetrowej jeno różnicy poziomów trudno mówić "szczyt"). Wybrałam sposób niespieszny i dystyngowany. Pół kroczku. Potem ćwierć. Potem znowu ćwierć. Z nadzieją, że się nie zsunę na jakimś kamyku. Ćwierć kroczku. Ćwierć kroczku. Ćwierć kroczku. Przerwa na odpoczynek. Ćwierć kroczku. Nagle usłyszałam głos brata:
- LOL NIE GALOPUJ TAK!!!

No BARDZO śmieszne :D


Komentuj(11)

-------------------------------------------------------------------


271. zabójcze procenty
Notatkę dodano:2007-05-20 20:57:07

Wśród wielu ogłoszeń zamieszczonych koło dziekanatu szczególnie zaintrygowało mnie jedno. Dotyczące stypendiów na jakimś roku. Stypendia otrzymuje 18% uprawnionych.

Na kartce widniało:

Ilość studentów na roku: 5
18% ilości studentów: 4.

Z tego wynikać może tylko jedno: kierowcy! Nie prowadźcie po śmietanie!


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


270. pokażę ci język
Notatkę dodano:2007-05-19 22:10:12

O moim braku talentów do języków obcych wiedzą  chyba wszyscy. Piotrek, poprawiający mi właśnie dwa zdania w języku (mnie) obcym, powinien już dostawać ataku śmiechu. Nie dostaje chyba tylko przez grzeczność... niech ma trochę rozrywki, lubię go ;).

- Widzisz? Nie potrafię sześciu wyrazów przetłumaczyć! - udowadniam mu.
- Może angielski to po prostu nie jest twój język? - próbuje mnie pocieszyć Piotrek.
- Żaden język obcy nie jest moim językiem! - irytuję się.
- A łacina podwórzowa?
- Cóż... przypuszczam, że przeciętny menel jest lepszy ode mnie...
Nie można być świetnym we wszystkim ;).

Michał, kiedy wracałam z nim ze święceń Tomka, powiedział mi coś, czym się podpieram w trudnych chwilach:
- Ja potrafię się dogadać w dwóch językach. A ty  posługujesz się jednym, za to perfekcyjnie.

No właśnie ;). I tego się będę trzymać :)

Chociaż też się czasami zastanawiam nad tą perfekcją... W Jaworznie jest szyld:

OBSŁUGUJEMY SAMOCHODY
WSZYSTKICH MAREK

nie wiem, dlaczego przez trzy lata za KAŻDYM razem czytałam to tak:

OBSŁUGUJEMY SAMOCHODY WSZYSTKICH.
MAREK.

Trzeba było dokładniej sformułować.


Komentuj(4)

-------------------------------------------------------------------


269. groch z kapustą
Notatkę dodano:2007-05-18 22:32:54

W ramach poprawiania nastroju po rozstaniu się z pracą magisterską, kupiłam sobie dzisiaj Polski dowcip językowy Danuty Buttler. Żeby mieć własny egzemplarz. Naprawdę, jak się czasami nad sobą zastanawiam, to wychodzi z tego, że dziwne rzeczy są mi do szczęścia potrzebne...

Zrobiłam sobie zdjęcia do pracy. Jak oddam te wymagane 4 do dziekanatu, to mi zostaną jeszcze dwa. Chyba ogłoszę na blogu aukcję i je sprzedam ;). Do straszenia małych dzieci idealne.

Na razie śpiewam sobie za Przyborą, że "będzie weselej, będzie weselej, w najbliższą sobotę, a może w niedzielę". Dodałam środę na blogu.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


268. ciąża
Notatkę dodano:2007-05-17 22:17:36

Szok poporodowy? Chyba właśnie się w coś takiego wpakowałam. Ciąża trwała jakieś 3 miesiące w porywach do dwóch lat, rozwiązanie było długie i leniwe jak ruskie pierogi. A przed chwilą przecięłam pępowinę.
Czyli: przed momentem skończyłam pisanie pracy magisterskiej, a raczej - robienie korekt, poprawek, zmian technicznych itp. I całość wysłałam do Wojtka, który zaofiarował się, że weźmie na siebie wydanie mojego dziecka na świat(ło dzienne).
[Do czego to doszło, swoją drogą...]
Mówiąc wprost: Wojtek wydrukuje mi całość. Za co mu jestem wdzięczna niezmiernie.

Co nie zmienia faktu, że jest mi z powodu skończenia pracy smutno i rozczulam się nad sobą.
Już nie będę podrywać się na widok każdego cytatu, który by mi pasował jako kontekst.
Już nie będę bazgrać na byle jakich skrawkach papieru pomysłów, które wpadną mi do głowy znienacka.
Już nie będę przerywać w pół zdania pisanie czegokolwiek tylko dlatego, że wymyśliłam ciekawe sformułowanie, które mogę wykorzystać w rozdziale.
Już nie będę zasypywać Bossa planami i pomysłami na magisterium.
Już nie będę, na pytanie "co robisz", odpowiadać z radością "piszę pracę magisterską".
Już nie będę wszystkim naokoło, bez względu na to, czy chcą słuchać, opowiadać, na jakie nowe sposoby ujęcia tematu wpadłam.
Dla otoczenia może to i lepiej. Dla mnie? Nie wiem...

I czuję w sobie pustkę. I żal. I tak mi czegoś brak. I zdaje się, że zaczynam tworzyć w konwencji melodramatycznej, więc przerywam smęcenie. Teraz wątek pocieszający. Mam czteropłytowe wydanie Piosenek jeszcze Starszych Panów. Mimo że opracowane jest zupełnie idiotycznie, posłuchać można. I się pośmiać. Nawet w depresji poporodowej ;).

Przejdzie mi do jutra. Może.


Komentuj(7)

-------------------------------------------------------------------


267. chaos
Notatkę dodano:2007-05-16 21:33:16

Dzień, jak zwykle, szalony. Chronologicznie wypada jakoś tak:

Robert życzy mi, żeby moje szuflady dostały anoreksji. Zgadzam się z nim, bo może część tej anoreksji szufladowej przejdzie na ich (tj. szuflad) właścicielkę i trochę schudnę.
Trochę, bo pasek do spodni pożyczam od brata, a nie uśmiecha mi się chodzenie w jednej nogawce i udawanie, że to długa i wąska spódnica.
Chociaż może jakbym bardzo schudła, to nie musiałabym udawać, że wąska? W każdym razie poza pomysłem odchudzania szuflad (znaczy, wywalenia swojej twórczości na światło dzienne), Ro zachęca mnie do napisania tekstu dla jego zespołu.
Bardzo chętnie, niech tylko dostanę temat (zabrzmiało jak "niech ja go tylko dorwę").

Bartek (od niedawna kompozytor Ballady) utrzymuje, zapewne z grzeczności, że mu się podobają moje teksty i chce mnie poznać. Kiedyś. (to przełożenie spotkania na "kiedyś", nie wiem, czy bardziej za sprawą Bartka, czy twórcy "Spotkań", ma sporo sensu. Oficjalnie - najpierw mam skończyć studia. Nieoficjalnie - może mnie unikają? ;) )

Fimbul... Kiedy widzimy się z Fimbulem, to zawsze na początku udajemy, że się NIE widzimy. W tym celu musimy nawiązać ze sobą pierwszy kontakt wzrokowy (nic to, że innego nie nawiązujemy, chyba że Fimbul trenuje na mnie jakieś ciosy karate). Potem trzeba odwrócić wzrok, zadrzeć brodę do góry i udawać, że to w ogóle nie my. Dzisiaj po tej całej pantomimie przywitałam Fimbula słowami "wiesz, jak trzeba się namęczyć, żeby cię zobaczyć, i żebyś zobaczył, że udaję, że cię nie widzę?"
Jeszcze parę takich tekstów i naprawdę zacznie udawać, że mnie nie widzi...

Na Piotrka wpadłam, kiedy był zajęty okupowaniem dziekanatu (zamkniętego w środy). Dopiął swego, wdarł się przemocą na tereny niedostępne dla zwykłych śmiertelników, a potem razem polecieliśmy na dworzec. Przeszliśmy podziemiami. Piotrek odprowadził mnie pod samo wyjście z dworca i powiedział, że teraz już się nie powinnam zgubić.
Zawsze się zastanawiam, czy aż tak po mnie widać, że nie mam orientacji w terenie...

Z Profesorem W gadałam przez telefon.
- Co porabiasz? - zagadnął Profesor W. Rzuciłam okiem na trzymaną na kolanach książkę.
- Czytam sobie powieść biograficzną o Andersenie - odparłam, zgodnie zresztą z prawdą.
- No tak... I pewnie będziesz ją potem recenzować?
Pewnie będę ;). Ale świetna jest, wciągnęłam się i czytam na razie dla przyjemności.

Sławek majaczy. To znaczy mówi, że ma gorączkę, leży w łóżku i majaczy. Poprosiłam go, mając w pamięci Andersena, żeby spisał te wszystkie majaki, bo z tego potem wyjdzie fajna powieść. Nie odpowiedział. Jedno z dwojga - albo się zajął majaczeniem, albo spisywaniem.

A potem pojawił się na gg Sal i nakrzyczał na mnie. Dokładniej: kazał mi się a) uczyć, b) pisać lepsze notki, c) nie obijać się.

Jutro jadę do Bossa.
Będzie wesoło ;).

A na blogu zdjęcie z wczorajszego Salonu Literackiego (w ramach Sosnowieckich Dni Literatury). Byłyśmy z Anią (Szczepanik) na wykładzie prof. Opackiej i Profesora W.

efd421e9b88abbd554ff2f6658431f75.jpeg

Komentuj(13)

-------------------------------------------------------------------


266. rozterki człowieka piszącego
Notatkę dodano:2007-05-15 21:30:41

- Fimbulku!!! - zajęczałam na gg. - Napisałam TAKI ŚLICZNY WIERSZYK i nikt go nie chce czytać!!! Buuu ;(
- Bo pewnie długi? - zapytał Fimbul i poradził mi - Musisz haiku pisać, to każdy przeczyta.

Tja...

dalej zapraszam na środę dwunastą na blogu


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


Licznik

Odsłon: 543422
Osób: 444001

Występują, występowali:

Agnieszka - wokalistka i autorka muzyki do R2, Skołowana

Ania (Szczepanik) - duch niespokojny i wędrowny, Szefowa Skołowanych, wystarczy jedno słowo, żeby wsiadła w cokolwiek i pojechała na drugi koniec świata

(w kolejności przeważnie alfabetycznej)

Ania B. - śliczna i przemiła doktorantka Bossa, żona Mariusza

Ania od Piotrka - tak naprawdę to Marcina Ania od Piotrka, ale wszyscy mówią na nią Ania od Piotrka, żeby było łatwiej skojarzyć; językoznawca utalentowany

Arturek - król POM-ów, przebywający w Krakowie, bloga nie prowadzi, a przynajmniej nic o tym nie wiem

Biały (Michał) - tekściarz - przyszłość polskiego hip-hopu

Boss (zwany też PrzenajBosskim) - cierpliwy Promotor Mrówki, charakteryzowany bez przerwy w notkach na blogu 

brat Mrówki - brat Mrówki

Dawid - dawniej redaktor publicystyki, nazywany Przytulanką

dr PM - chwilowo (od paru lat) bezpseudonimowy najbardziej wyrozumiały z wykładowców Mrówki, znany też jako PawMaj, Prawa Ręka (czasy komiksów), Urzędnik z Biura Rzeczy Zagubionych (Rewia)

dystych - satyryk specjalizujący się w małych formach

Egzekutor - dawny wykładowca Mrówki, satyryk, współautor Wielkiej Rewii

Fimbul - "łowca dakiń nowego eonu"

Juan Pablo - "domorosły pseudosatyryk (...). Słodzi dwie łyżeczki"

Kalina - Kalina Beluch, satyryk. Specjalność: zabawy słowne i żart absurdalny

Kama - współautorka R3, w tejże R3 występująca jako SKZBTZW

Lady Q - kobieca i przekorna, blogowa specjalność: szermierki słowne z ML

Maciek - doktorant z miasta R., kierowca dla Piotrka Rybnickiego i Mrówki

Megi - blondyna z Psem Asystentem, Igorem. Razem prowadzą bloga (blondyniblondyna), chcą się zająć dogoterapią

Michel - MWG-owiec

migotek - patrz: komentarze blogowe

ML - Marek Lenc, rysownik satyryczny, ilustrator Wielkiej Rewii

Olek - kolega z ławki ze studiów, kiedyś prowadził bloga, pracuje w telewizji (albo udaje, że pracuje, a na legitymację z tv podrywa dziewczyny)

Patiinka - utalentowana muzycznie pracoholiczka, siostra Arturka

Piaskovy - informatyk, który pracował też przy zdejmowaniu płyt z wydziału filologicznego

Piotrek - doktorant z szalonym poczuciem humoru i skojarzeniami

Piotrek Rybnicki - jeden z doktorantów, których poznałam w mieście R.

Profesor W - promotor Promotora Mrówki

Radek - jeden ze Skołowanych, muzyk, radiowiec

Robo - kabareciarz

Sabina - dziennikarka, jedna ze Skołowanych, seminarzystka Bossa, dziewczyna Radka

Sal (znany także jako Kamil M.) - typ charakterystyczny, bohater SalTo i licznych blogowych anegdotek, nie do scharakteryzowania

Skołowana Gosia - utalentowany fotograf, magistrantka Bossa

Slk - Tyran uwielbiający Osiecką i.k.

Zadra - dziennikarz, współautor Rewii, prowadzi fotobloga, swoje ojcowskie doznania opisuje na blogu Okiem taty

Złośnica - prowadzi bloga razem z Brzydalem

Inne linki

strona Władysława Sikory


bloog niecodzienny Artura Andrusa

chlip-hopowy blog Magdy Umer i Andrzeja Poniedzielskiego

kabaret Adin - jeden z najciekawszych kabaretów scen offu (skład: Sikora, Andy, Julia, Chomik, Smutny)

strona poświęcona Ryanowi Stilesowi

strona Colina Mochrie

Sungha Jung - urodzony w 1996 wirtuoz gitary

Marcin Pałasz - autor książek dla dzieci i młodzieży
Wawrzyniec Prusky - blog roku 2005
Daniel Koziarski - pisarz
Kasia Krzan - recenzentka Granic, doktor nauk humanistycznych

Calvin i Hobbes - komiksowe paski Billa Wattersona (ang.)
filolog.katowice.pl - nieoficjalne forum studentów filologii polskiej