logo

Okruchy Życia

Moje linki

Licznik

Odsłon: 5480
Osób: 5371
Notatkę dodano:2013-09-20 21:51:34

Skończyły się tobie domowe pielesze

"Jureczek" z komendantem Gracjanem Frógiem "Szczerbcem" Fot. oddziałowy fotoreporter Zbyszko Siemaszko ps. "Swojak"

W uzdrowisku dawny partyzant sprzedaje swoją książkę - prawie dwieście stron wspomnień ze swego "dzieciństwa". Opowieść o upokorzeniu, strachu i partyzanckiej niedoli, które stały się udziałem 11-letniego chłopca.

- Jak to możliwe, że po latach tak dużo pamiętam? To dlatego, że człowiek najdłużej zachowuje w pamięci najsilniejsze przeżycia. Mnie na każdym kroku groziła śmierć. Nie zapamiętałaby pani? - pyta naszego reportera 78-letni dzisiaj "Jureczek".

Bieda uczy sprytu

Urodził się w 1933 r. w Warszawie, gdzie jego pochodzący z Wileńszczyzny rodzice Ludwik i Emilia przybyli kilka lat wcześniej za chlebem. W 1939 r. wrócili jednak z synami, sześcioletnim wówczas Jerzym i cztery lata młodszym Maciejem, do rodzinnej wsi Dziewieniszki. Kiedy wybuchła II wojna światowa, Wileńszczyzna dostała się w ręce okupanta sowieckiego, zaczęły się wywózki na Syberię. Ludwik Widejko został zmobilizowany do polskiej armii. Z frontu nigdy nie wrócił.

Jak wspomina "Jureczek", kiedy w czerwcu 1941 r. Niemcy zaatakowały ZSRR, mieszkańcy odetchnęli z ulgą i przyjęli nową wojnę z pewną dozą radości, bo odsunęła zmorę deportacji. Na Wileńszczyźnie pojawili się żołnierze niemieccy.

- Panowała straszna bieda - opowiada Widejko. - Matka opiekowała się nami, jak mogła. Jako krawcowa nie mogła zarobić, bo kobiety na wsi były samowystarczalne. Pamiętam, jak ścinała trawę sierpem. Wodę i jakąś żywność przynosiła z pobliskiej wsi. Mieliśmy mleko, dopóki nie padła krowa.

Pod koniec 1942 roku Emilia Widejko zmarła z przeziębienia i ogólnego wycieńczenia. Jej synowie zostali rozdzieleni. Jerzym zaopiekował się mieszkający w Podwarańcach wuj Jan Subocz, Maciejem wujostwo Aniela i Feliks Rynkiewicz, którzy mieszkali we wsi Bikiany.

- Byłem czwartym, "niechcianym" dzieckiem. Ciotka traktowała nas jednakowo, ale wujek często żałował mi jedzenia. Dlatego w nocy ukradkiem dobierałem się do ziemniaków czy chleba. A jak w dzień nikogo nie było, wchodziłem do komory z mlekiem i spijałem po trochę z każdego dzbana. Potem wpuszczałem kota, żeby było na niego - zdradza z uśmiechem Jerzy Widejko. Dodaje, że zdarzało mu się również podbierać kurom jajka, wypijać surowe i podrzucać ptakom skorupki.

- Bieda uczy człowieka sprytu - kwituje. Opowiada, że jego głównym źródłem utrzymania były jednak pociski, które odkrył w pobliżu porzuconej przez Sowietów armaty. Wymieniał je potem u kowala na żywność. Wcześniej jednak musiał zdetonować zapalnik.

- To było niebezpieczne, wielu moim kolegom ręce pourywało - przyznaje Widejko. - Gdybym jednak tego nie robił, to bym głodował.

"Wielka przygoda"

"Ze śmiercią nie szedł jak inni pod rękę, wszak z życiem dopiero zawierał ugodę - wojnę, co krwawo ślady znaczyła na drodze, przeżywał jak wielką przygodę" - napisała Jadwiga Staniszewska w swoim wierszu pt. "Mały Partyzant", który opowiada o "Jureczku". Jednak dla Jerzego Widejki dołączenie w styczniu 1944 r. do III Partyzanckiej Wileńskiej Brygady Armii Krajowej dowodzonej przez kapitana Gracjana Fróga "Szczerbca" tylko na początku było przygodą.

- Pewnego dnia wujek poszedł do niedalekiej wsi do sklepu, gdzie wydawano na kartki alkohol i solone śledzie. Nie było go bardzo długo, a ponieważ ciotka się bała, że wujek się zapił, lub coś mu się stało, wysłała mnie na poszukiwanie. Okazało się, że zatrzymali go nasi partyzanci - opowiada Widejko. Wyjaśnia, że stacjonując w danej miejscowości, w obawie przed zdradą, partyzanci zawsze zatrzymywali chwilowo przybyłych do niej ludzi. Zatrzymali więc wujka "Jureczka", jak i szukającego go chłopca.

Jak wspomina Widejko, rozmawiający z nim wówczas partyzant był zdziwiony, że chłopiec mieszkający wśród Litwinów i Białorusinów mówi po polsku. Kiedy wyjaśnił, że jest Polakiem i sierotą, zapytano go, czy chce iść z polskimi partyzantami.

- Odpowiedziałem, że naturalnie, jeśli wujek się zgodzi. Jan Subocz się nie sprzeciwił - mówi "Jureczek".

Decyzją dowódcy kapitana Gracjana Fróga, chłopca przyjęto do oddziału tymczasowo i przydzielono pod opiekę rusznikarza Gordzinowicza "Ruczaja". Późnym wieczorem oddział wyruszył w drogę.

- Chciałem z nimi iść. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, co to znaczy być partyzantem. Kiedy po całonocnej jeździe zatrzymaliśmy się na odpoczynek i musiałem położyć się na usłanej słomą podłodze, a jeden z partyzantów podsunął mi pod głowę kolbę karabinu zamiast poduszki i powiedział z ironicznym uśmiechem: "Skończyły się tobie domowe pielesze", odniechciało mi się tej partyzantki, chociaż wcześniej też nie miałem lekko. Nie było jednak odwrotu - wspomina Widejko.

Zabawa przy broni

Chociaż na początku partyzanci planowali przekazać małego Jurka polskiej rodzinie, chłopiec pozostał w oddziale. Pod wodzą "Szczerbca" służył przez siedem miesięcy. Nauczono go meldować i salutować, dostał mundur, opadającą na uszy czapkę, złożył przysięgę. Otrzymał też pseudonim "Jureczek", chociaż partyzanci mówili do niego najczęściej "Groszek". Nigdy nie był w pierwszej linii walczącej brygady, jednak uczestniczył w jej wszystkich akcjach i jak wszyscy partyzanci zmagał się z głodem, gnieżdżącymi się w ubraniach wszami i pchłami czy nieustannym brakiem snu. Silne, dochodzące do minus 30 stopni mrozy sprawiły, że zachorował na ostre zapalenie stawów obu nóg. Wyleczony w Wilnie w konspiracyjnym punkcie rozdzielczym powrócił do oddziału. Jego głównym zadaniem była od początku praca w rusznikarni.

- Ja tam nie byłem darmozjadem, to nie była sielanka. Rusznikarz budził mnie po dwóch-trzech godzinach snu. Rozkładałem i składałem broń różnego rodzaju, czyściłem ją i wazelinowałem. Teraz bym już tego nie potrafił, jako dziecko znałem się na tym doskonale - mówi mężczyzna. Dodaje, że kiedy nauczył się posługiwać bronią, przydzielono mu pistolet i ostrą amunicję. Nie zdarzyło się jednak, by był zmuszony go użyć podczas służby w III Brygadzie.

Drugim, sporadycznym zadaniem "Jureczka" był zwiad. W przebraniu wiejskiego chłopca wysyłano go do docelowej wioski, by rozeznał, czy nie ma w niej nieprzyjaciół.

- Gdyby Niemcy czy Litwini zainteresowali się moją osobą miałem tłumaczyć, że ciotka wysłała mnie po jedzenie. Nie byłem świadomy, jakie to niebezpieczne. Bo jakby mi tak dali po pupie, to nie wiem, czy bym się nie przyznał. Pewnie by mnie na miejscu rozstrzelali, a w najlepszym wypadku wysłali do obozu - przypuszcza Widejko.

Jego kolejnym zadaniem była praca w charakterze łącznika. Pod opieką wybranej gospodyni przewoził ukryte w butach lub pod podszewką dokumenty. W razie kontroli kobieta miała mówić, że odwozi dziecko do krewnych lub lekarza.

- Przeżyłem wiele niewygód i strachu, ale wszyscy traktowali mnie bardzo dobrze. Szczególnie żandarmeria. Częstowali mnie utartymi jajkami z cukrem, dokarmiali. Dowództwo też było mi przychylne. Sam "Szczerbiec" zabierał mnie często na odprawy dowódców poszczególnych oddziałów na terenie Wileńszczyzny. Dlatego wszyscy mnie znali - wspomina "Jureczek". Podkreśla, że miejscowa ludność była dla partyzantów przychylna, udzielała schronienia i dzieliła się żywnością. Dowódcy z kolei trzymali podwładnych w ryzach: picie alkoholu i używanie wulgaryzmów było zabronione, grabieże chłopskiego mienia surowo karane. Konfidentów, wtyczki gestapo i NKWD karano śmiercią, jeżeli byli mężczyznami. - Kobiety bito na goły tyłek wyciorami, żeby nie współpracowały z nieprzyjacielem - wyjaśnia "Jureczek".

Przymus, nie przygoda

13 lipca 1944 r. połączone siły AK i Armii Czerwonej zdobyły Wilno. Wśród walczących nie zabrakło brygady "Szczerbca", "Jureczek" przebywał w trakcie walk na przedmieściach, w Nowej Wilejce. Po zwycięstwie Rosjanie nakazali partyzantom opuścić miasto. 18 lipca oddziały sowieckie rozbroiły wileńską AK. III Brygadę otoczono we wsi Rudniki. Rozpoczął się wycieńczający marsz w lipcowym słońcu, który zakończył się dla partyzantów w Miednikach Królewskich, w przejściowym obozie internowania.

- Spędzili tam około siedem tysięcy partyzantów. Spaliśmy na słomie pod gołym niebem, bez względu na pogodę. Raz dziennie dostawaliśmy zupę z brukwi z kromką chleba, lub solone śledzie i kiszoną kapustę. Niektórym udało się uciec. Ja, kiedy byłem przesłuchiwany, korzystając z zamieszania schowałem pod mundur krótki pistolet. W obozie przekazałem zdobycz jednemu z partyzantów, który ją zakopał w obawie przed rewizją. Nikt jednak nie zauważył zniknięcia jednego pistoletu - opowiada "Jureczek".

Jako więzień poniżej 17. roku życia został z obozu zwolniony. Przebywał w Białym Dworze w pobliżu Turgiel, u zaprzyjaźnionej rodziny Zaborskich, dopóki w drugiej połowie września 1944 r. nie udał się do wsi Górna Podmerecz, w odwiedziny do pewnego majora, gdzie spotkał oddział zorganizowanej na nowo partyzantki. Po powrocie do Białego Dworu został zatrzymany i osadzony w siedzibie NKWD w Turgielach. Z więzienia zwolniono go po trzech tygodniach.

- Wróciłem do Białego Dworu, ale nie chciałem narażać tej rodziny. Udałem się więc do ciotki Anieli Rynkiewicz mieszkającej w Bikianach. Wujek Feliks, który służył m. in. w III Brygadzie, ukrywał się przed sowietami w stodole, w bunkrze pod słomą - wspomina Widejko. Wyjaśnia, że w obawie, iż ściągnie na krewnych uwagę Rosjan, nie zawahał się, kiedy do ich domu zawitał nieznany partyzant i zaproponował, że doprowadzi chłopca do oddziału w Puszczy Rudnickiej. - To już nie było szukanie przygody jak za pierwszym razem. To był przymus. Bałem się, żeby mnie nie wywieziono w głąb Rosji, tak jak innych kolegów-partyzantów - przyznaje Widejko.

W Puszczy Rudnickiej dołączył do oddziału partyzanckiego Samoobrony Wileńskiej AK, dowodzonego przez por. Czesława Stankiewicza ps. "Komar".

- To już nie była ta sama partyzantka. Walka z Niemcami w III Brygadzie to było preludium do walki z Sowietami. Bo o ile Niemcy dysponowali tylko prącym na wschód wojskiem, o tyle Rosjanie rzucili przeciwko nam wojska frontowe, milicję, NKWD i specjalne oddziały do zwalczania partyzantki. Te ostatnie nawet nie brały do niewoli tylko rozstrzeliwały na miejscu - wspomina "Jureczek". Jak twierdzi, służba u "Komara" była nieustanną ucieczką.

Wśród wilków

W nowym oddziale "Jureczek" dostał automatyczny karabin. Brał udział w walkach, wykorzystywano go do zwiadu i łączności.

- Chrzest bojowy przeszedłem pod koniec października 1944 r., kiedy rozbiliśmy dość liczny oddział sowiecki stacjonujący w Rudnikach. Była noc. Strzelałem do uciekających w zarośla postaci. Nie wiem, czy kogoś trafiłem - wspomina. Opowiada o marszach na siarczystym mrozie po trudnym terenie, kiedy z wycieńczenia zasypiał podczas wędrówki, budząc się po wejściu w zagłębienie lub zderzeniu się z drzewem.

Najgorszym wspomnieniem Jerzego Widejki jest jednak obława wojsk radzieckich w Puszczy Rudnickiej z 6 na 7 stycznia 1945 r., kiedy poległo 25 partyzantów z jego oddziału.

- Walka trwała kilka godzin, aż zostaliśmy okrążeni przez oddziały sowieckie. Wyrwać można się było tylko przez mokradła. Kule świstały nam nad głowami, trafiały w drzewa lub w śnieg. Zgubiłem broń. Wyrwaliśmy się z okrążenia, ale uciekaliśmy bez jedzenia i wytchnienia przez trzy dni i noce. Ja szedłem ostatni, bo miałem najkrótsze nogi. Najbardziej bałem się krążących wokół watah wilków. Ich wycie było przerażające - opowiada "Jureczek".

Udawali, że strzelają

"Przygoda" Widejki z partyzantką zakończyła się w marcu 1945 r., kiedy specjalna jednostkę NKWD podszywająca się pod sprzymierzeńców wymordowała ponad dwudziestu partyzantów we wsi Okolica. Wkrótce aresztowany został również "Jureczek". Trafił do więzienia NKWD w Wilnie.

- Budzili mnie w nocy kopniakiem w głowę albo w bok i zabierali na przesłuchanie. Sadzali na stołku przed rażącą w oczy lampą. Nie bili, chcieli wykończyć psychicznie. Kazali na przykład zdjąć spodnie, ale uderzali nie we mnie, lecz w krzesło. Stawiali do kąta i udawali, że strzelają. A ja mówiłem, że nic nie wiem - wspomina mężczyzna.

Opowiada, że w więzieniu spotkał się z "Komarem", który potwierdził jego zeznania. Mimo to spędził w więzieniu półtora miesiąca. Spał na podłodze, do jedzenia dostawał gotowane, niemyte obierki z ziemniaków, potem zupę i chleb. Jego sytuacja poprawiła się jednak, gdy wzięto go do pomocy przy roznoszeniu posiłków i uszczuplonych paczek, bowiem odpowiedzialny za ich okrajanie żołnierz się z nim dzielił.

Po wyjściu z więzienia Jerzy Widejko trafił do domu dziecka, skąd miał być wywieziony w głąb ZSRR. Przeniesiono go jednak do innej placówki, skąd uciekł do zaprzyjaźnionej rodziny Konstancji Kisiel. W kwietniu 1946 r., po otrzymaniu karty repatriacyjnej, wyjechał do PRL-u.

- Chociaż wojna się skończyła, przeżycia wryły się do mózgu. Przez długie lata budziłem się nocami na każdy dźwięk i zrywałem z łóżka gotowy do ucieczki. Śniły mi się koszmary: walka po lasach, głód i ucieczka. Byłem obojętny na życie ludzkie, w końcu napatrzyłem się na egzekucje konfidentów i na martwych żołnierzy. Teraz to minęło - mówi z ulgą "Jureczek".

Orlę wileńskie

Dzisiaj Jerzy Widejko jest emerytowanym nauczycielem. Mieszka w Nowym Targu i Krynicy-Zdroju. Zachęcony m. in. przez odnalezionych po latach rozłąki kolegów z partyzanckich czasów w latach 80. zaczął spisywać swoje wspomnienia. W 2004 r. ukazało się pierwsze wydanie jego książki pt. "Najmłodszy partyzant wileńskiej AK". Na jej podstawie powstał film dokumentalny "Ballada o Jureczku" w reżyserii Dariusza Walusiaka.

Były partyzant dużo podróżuje. Na zaproszenie odwiedza szkoły, gdzie opowiada o swoich przeżyciach. W Polsce spotkał się z ponad dziesięcioma tysiącami młodzieży, był w polskich szkołach na Litwie i Łotwie, dwukrotnie na Ukrainie.

- Chcę przekazać te wspomnienia zwłaszcza młodemu pokoleniu. Nie wolno nam zapomnieć, że na Wileńszczyźnie mieszkała ludność rdzennie polska, która w miarę swoich sił walczyła o ojczyznę. Wiem, że będąc dzieckiem, nie mogłem wiele zdziałać jako żołnierz. Ale nosiłem polski mundur, świadczyłem, że Polak patriotyzm wyssał z mlekiem matki. Wtedy, jako kresowe dziecko, może nawet nie wiedziałem, czego dokonały Orlęta Lwowskie. Ale ja chyba też byłem takim orlęciem wileńskim...

IZABELA FRĄCZEK

« Powrót na blog

Skomentuj
Nick(wymagany)
Blog granice.pl. Ta strona jest nieoderwalna częścią serwisu www.granice.pl właściciela firmy W&w. 2008-2017