Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

PLANY I TELEWIZYJNE WSIĄKNIĘCIE
Notatkę dodano:2013-10-03 21:41:11

 

Wreszcie w domowych pieleszach, dzień pracy za mną, już na języku czuję przedsmak jutrzejszego wolnego. Będę łykać ile się da tych chwil dla siebie, przed kolejną kumulacją siedmiu pracowitych dni. Planuję, choć nie powinnam tego robić. Jednak kiedy człowiek czeka choćby nawet na niewiele, które ma nastąpić, zaczyna układać sobie te wolne minuty aby jak najwięcej w nie zmieścić, upchnąć ile się da. Jutro dopiero nastąpi, a ja już po części nim żyję. Teraz zamiast poświęcić się przetwarzaniu jabłek, które w swoje dobroci ofiarowała mi jedna dobra osóbka, chwila moich codziennych wynurzeń. Jutro może nie znajdę czasu, a później aż do poniedziałku mnie nie będzie. Komputer zdąży za mną zatęsknić, ja tak sobie poukładam chwile nieobecności, że ich przesycenie innymi sprawami nie da mi podobnej tęsknoty. Choć, prawdę powiedziawszy jakieś przyzwyczajenie do tego swojego codziennego pisania odkryłam, i jeśli nie zostawię paru znaków czegoś brakuje. Wtedy, kiedy jestem nieobecna pojawiają się myśli,które chciałabym przelać tutaj, później gdzieś się rozmywają i nie zostawione na czas znikają niczym poranna mgła rozdmuchana powiewem wiatru. Przychodzą następne i kolejne a ich kres podobny w nie zostawiającym znaku odejściu. Chwile obfitujące w samotność, są niezłą pożywką do myślenia, analizowania, trawienia problemów. Nie powiem, że same górnolotne pomysły przychodzą do głowy, bo takie stwierdzenie byłoby wielkim z mojej strony wyrazem próżności i zadufania w sobie. Nie jestem zauroczona ani swoimi tekstami ani ich wartością, traktuję jako odskocznię, pewien sposób wylania emocji, które gdzieś we mnie siedzą. Czasami te emocje aż parzą a niekiedy stonowane i letnie w temperaturze. Bywają myśli, które gdzieś przez głowę przemykają jak dziś, kiedy odsiadywałam swoje oczekujące minuty na przystanku. Niebieskie niebo z odrobiną szarości, oświetlone nisko wiszącym słońcem, które już opuszczało dzienne miejsce pobytu, ja z głową częściowo zadartą, obserwuję ptaki, jakiś odległy samolot i czekam, i myślę. Myślę, że przeszłabym swoje lęki, zaciskając zęby wzniosłabym się gdzieś tam w kierunku południa, gdzie zapewne cieplej niż tu. Bez chwili wahania zostawiałaby darowane dziesięć kilo jabłek i wyruszyła w nawet pośledniej klasie tym podniebnym transportem, opuszczając to teraz i tutaj. Takie myśli przychodzą, kiedy bezpiecznie siedzę na przystanku, i wiem, że chwile dzielą mnie od mojego naziemnego transportu. A jeśliby jakaś wróżka z dyniowego pojazdu stanęła przede mną i powiedziała, wstań i wsiądź bez ociągania, bez telefonowania, informowania a dam ci możliwość bycia teraz w cieple, i tutaj wymieniłaby jakieś egzotyczne miejsce. I cóż by mi było powiedzieć na taki uśmiech losu? Nie pojadę bo w domu czekają....? Nie pojadę, bo nie chcę innego świata....? Nie pojadę, bo tu mi dobrze...? Nie pojadę, choć taka myśl mi przez głowę przeszła, a dlaczego? Bo może w całej swojej głupocie wybieram znane miejsca, i ludzi których kocham. A podniebne podróże mogą być tylko niezrealizowanym pomysłem w chwilach samotnego galopu szalonych wydumań. I może dlatego tu ciągle jestem, z tym samym mężczyzną obok siebie, w ustalonym jakoś porządku spraw, choć miejsce mało kolorowe, choć są piękniejsze, a mi jakoś wystarcza to tu, które jest po prostu moim miejscem na ziemi. I dlatego nie szukam, wychodząc z założenia, że nic lepszego nie znajdę choć może byłoby kolorowsze, bardziej egzotyczne i inne od tego mojego codziennego. Są pragnienia, które zaprzątają głowy w całej niemocy zrealizowania, i przychodzi ten wiatr, który rozwiewa mgły i pragnienia znikają.

Wczorajszy wieczór poświęciłam w jakiejś części na oglądanie telewizji. Nie często mi się to zdarza. Są te moje chwile zbratania z telewizorem sporadyczne. To urządzenie, bez którego doskonale udaje mi się funkcjonować, jednak raz na parę tygodni coś mnie przykuje, skupi moją uwagę na tym co w czarodziejskiej maszynce się dzieje. I właśnie wczoraj siedziałam śledząc od początku do końca film pt.”Bardzo długie zaręczyny”, i było brutalnie, odstraszająco w ukazanych obrazach działań wojennych. Mój pacyfizm dostał pożywkę aby się utwierdzić i stać pewnikiem mojej moralności. I było coś co po kobiecemu sobie tłumaczyłam, wielka miłość, desperacja i pragnienie kobiety, która wbrew wszystkiemu i wszystkim wierzyła i miała pewność, że ktoś kochany gdzieś po zawierusze wojennej jednak się odnajdzie. Ona wiedziała, że gdzieś ta jej połówka jest, i możliwe będzie jej odnalezienie aby z nią być. Pokrętne losy, zawirowania, w efekcie nie do końca szczęśliwy finał, który niedopowiedziany filmem sama sobie aby sprostać oczekiwaniom dopowiem. Uczestniczyłam wraz z bohaterką, kulałam jej niesprawnymi nogami, byłam razem z nią prawie sto lat temu wciągnięta i przesiąknięta jej pragnieniami. Wielkie, prawie nieosiągalne ale dzięki ogromnej wierze udało się zrealizować. Piękny film, pięknem uczuć i głębokiej mocy pragnienia. Pragnienia dwojga zwykłych ludzi, takich których dziesiątki mijamy codziennie nie znając ich skrytych życzeń.

 

« Powrót na blog

Skomentuj
Nick(wymagany)

Wątki:

Licznik

Odsłon: 163521
Osób: 145976