Apetyt na życie. Historia Elżbiety Lubomirskiej-Stadnickiej

Autor: Adrianna Michalewska
Okładka publicystyki dla Apetyt na życie. Historia Elżbiety Lubomirskiej-Stadnickiej z kategorii Brak kategorii

W historii XX wieku wiele było postaci, które – żyjąc w czasach szczególnie trudnych – zwycięsko przeszły największe próby. Cichych bohaterów, ludzi, o których nie uczymy się na lekcjach historii, których nie wspomina się w mediach historycznych. Jedną z takich właśnie osób była Elżbieta Stadnicka (z d. Lubomirska), która żyła w trzech epokach: w II Rzeczypospolitej, Polsce powojennej i na emigracji we Francji. Swe losy opisuje w pamiętniku Na krawędzi epok, który ukazał się nakładem Wydawnictwa Rosikon Press. Oto jej historia: 

Nas wychowywano w duchu polskości, odpowiedzialności za to, co się robi, i ambicji, żeby być kimś pożytecznym dla rodziny, dla Polski i świata. Można też ująć to inaczej: nie zacznij się kłaniać, komu nie chcesz, za żadną cenę. Bóg, honor i Ojczyzna były prawdziwie na pierwszym miejscu.

Elżbieta Lubomirska. Dziecko, które nie zaznało trosk, ze świata, którego można pozazdrościć. Tak zapewne wielu z nas oceniłoby życie Elżbiety Lubomirskiej z pałacu w Kruszynie, który miał osiemdziesiąt trzy pokoje i kilkadziesiąt osób służby. Samego lasu Lubomirscy posiadali ponad tysiąc hektarów. Do tego młyny, gorzelnie, stajnie, niekończące się pola. Świat, w którym na ścianach pałacu wieszano obrazy Tycjana, Grassiego i Lampiego, w którym zachowała się komnata sypialna króla Władysława IV i królowej Cecylii Renaty, świat, który roztaczał finansowy mecenat nad Arturem Rubinsteinem, Karolem Szymanowskim, Grzegorzem Fitelbergiem, Ludomirem Różyckim i Apolinarym Szelutą, świat, z którego wywodził się Stefan Eugeniusz Tyszkiewicz-Łohojski z Landwarowa herbu Leliwa, zwany Stetyszem, założyciel pierwszej w Polsce fabryki samochodów. Fascynujący świat bajecznych majątków i wielkich wyzwań, które z radością i ochotą podejmowano.

W Kruszynie dziećmi zajmowały się bony, nauczycielki, schronienie znajdowały owdowiałe i chore służące. Jeden z nauczycieli niemieckiego, który okazał się szpiegiem, w przededniu wojny ostrzegł rodzinę przed grożącym jej nieszczęściem. „Uciekajcie, bo wszyscy będziecie rozstrzelani” - powiedział.

Dzień najmłodszych rozpoczynał się o ósmej rano na śniadaniu w wielkiej na kilkadziesiąt osób sali jadalnej. Sala nie była ogrzewana. Zmarznięte maluchy szybko wracały do swoich pokoi i rozpoczynały naukę. Języki obce, historia, język polski. „Niczego nie wolno było zrobić bez pozwolenia”. Obowiązywała etykieta.

Po lekcjach i po spacerze następował gong na obiad. Pierwszy, oznajmiający, że czas umyć ręce i przygładzić włosy i drugi, wzywający pod drzwi zamkniętej jadalni Tam dzieci czekały na seniorów rodu, którzy dawali znak, że można zasiąść do posiłku.

Opowieść o posiłkach w pałacu w Kruszynie zajęłaby zapewne kilka tomów. Można sobie tylko wyobrazić, jak fascynujący był stół, na którym królowały srebrne lustrzane tace, a wokół jedzących uwijali się podający, nadzorowani przez kamerdynera. Postać ta była niemalże kultowa. Polecony przez inne, znane i zamożne rodziny, posługiwał się kilkoma językami obcymi, był wykształcony i doskonale się orientował w meandrach obowiązującej w domu etykiety. Ostatni kruszyński kamerdyner znał genealogię rodów magnackich lepiej niż ostatni książę. Patrzył na wszystko surowym okiem, dbając o czystość stołu, srebrnej zastawy, jakość potraw i poziom obsługi. Jak żartowali Lubomirscy, w nieogrzewanej jadalni „służba miała dużo lepiej od nas, przynajmniej mogła być w rękawiczkach, a my musieliśmy się bez nich obejść”.

Świat młodej Elżbiety był światem comiesięcznych polowań, wielkich przyjęć, wspólnie obchodzonych Świąt Bożego Narodzenia i Wielkanocy, gdzie nic nie działo się przypadkiem.

Od zawsze było wiadomo, kto na trzy dni przed Wigilią rozwiesi na drzewku ozdoby rodem z XVII wieku. Od zawsze było oczywiste, kto i w jakiej kolejności wejdzie do kościoła, zasiądzie w ławkach, kto ustawi koszyki do święcenia pokarmów w Wielką Sobotę. Lubomirscy byli bardzo religijni, wspierali Kościół hojnymi datkami, fundowali świątynie i klasztory. Ten związek życia doczesnego z duchowym był dla księżniczki Elżbiety czymś oczywistym. Od dziecka wykazywała niezwykłą wrażliwość na ludzkie cierpienie i niesprawiedliwości społeczne.

W pamiętniku wspomina o dziesiątkach ludzi, którzy zapukali do jej drzwi po pomoc. Nigdy jej nie odmawiała. W dzieciństwie przyjaźniła się z Agnieszką Psik – drobną, obarczoną garbem dziewczynką, która przychodziła do pałacu po opał i po posiłek. Chora dziewczyna zmarła na rękach księżniczki.

„Wielkie rodziny wspomagały uboższe od wieków” – mawiał dziadzio. Pewnie dlatego nasz dom pełen był rezydentów.

Dawniej w takich wielkich pałacach było miejsce przeznaczone do zamieszkania przez zasłużoną służbę. Stary służący albo stara gospodyni, tacy, co po latach pracy nie mieli dokąd pójść, pozostawali w domu, w którym pracowali. Byli oni osobną kategorią mieszkańców. Nie zasiadali z wszystkimi przy stole, ale służba przynosiła im jedzenie do pokoju, na tacy. Dla nas dzieci było to godne pozazdroszczenia, bo nie musieli siedzieć przy stole i trzymać łokci prosto. Rezydenci przychodzili za to na wielkie święta Bożego Narodzenia i Wielkanocy oraz na uroczystości rodzinne, takie jak imieniny dziadzi, babci lub inne. W kościele mieli swoje ławki, w parku spacerowali sobie alejami. My dzieci musiałyśmy iść na „dzień dobry” do starszych pań, z których najważniejsza była pani Kniejska, czyli Fofa.

Fofa przyjechała z Francji do Polski jako panna służąca babci, kiedy babcia była jeszcze młoda. Nazywała się Flora Gentilhomme, co znaczy „Flora Szlachcic”. Wkrótce zachorowała i straciła wzrok. Nie chciała wrócić do Francji, bo była sierotą. Babcia nasza nigdy jej nie opuściła. Najpierw nauczyła ją robić na drutach, potem samodzielnie jeść, a nawet chodzić. Tak długo prowadziła ją za rękę, aż Fofa nauczyła się sama przechodzić z oficyny, gdzie mieścił się jej pokój, przez korytarz i schody do pokoju babci.

Inna garbuska, Marcjanna Chądzyńska, trafiła do pałacu w dramatycznych okolicznościach. Gdy babka autorki przejeżdżała przez jedną z wsi, zauważyła zbiegowisko, ludzi zgromadzonych nad zakopanym aż po głowę w ziemi dziecku. Zażądała wyjaśnień. Chłopi powiedzieli, że to ułomna córka biednej rodziny, której znachorka poradziła zakopanie dziecka, „bowiem ziemia wyciąga garby”. Zabrana przez księżnę Lubomirską Cinia została z rodziną do końca życia, pełniąc w pałacu funkcję służącej i powierniczki, szczególnie ukochanej przez dzieci. Zajęta prowadzeniem majątku księżna nie zawsze miała czas dla najmłodszych. Na szczęście rezydujący i pracujący w pałacu ludzie, służba, odźwierny, nauczycielki, chętnie gawędzili z dziewczynkami, rozważając ich dziecięce problemy.

Przekonałam się, że pochodzenie arystokratyczne nie jest związane z posiadanym nazwiskiem. Wszędzie można się z nim spotkać. Tysiące ludzi je ma lub wie, że są takie osoby, które posiadają ten szlachetny rys i przekazują go dalej.

Jedną z największych trosk była nierówność społeczna, mocno odczuwana przez Elżbietę. Uważała, że dziadek powinien rozdać biednym krzesła, mieli ich tak dużo. Gdy raz ubogi przyszedł już po zamknięciu kuchni wydającej posiłki dla biednych, a Elżbieta domagała się od dziadka zaradzenia temu problemowi, książę Lubomirski poradził jej, aby oddała głodnemu przygotowaną dla niej kolację. Zawsze uczył dzieci i wnuki, że nie sztuką jest rozdawanie tego, na co się nie zapracowało. Najważniejsze to nauczyć ludzi, aby sami potrafili wydobyć się z biedy. Zrozumiała, że może rozdawać tylko to, co należy do niej. Jak potem napisała: „To, co należało do pamiątek rodzinnych, które miałam przekazać dalej, nie należało do mnie. Zrozumiałam, że nie mam prawa tym dysponować”. Nie powstrzymało to księżniczki przed dalszymi próbami ulżenia służbie, budowania dla niej lepszych domów, oddawania im ubrań, jedzenia i pieniędzy.

Jak łatwo się domyślić, utrzymanie dworu, zabudowań folwarcznych, pól, lasów, gorzelni, stajni, młynów i pozostałych części majątku Lubomirskich wymagało zatrudnienia pracowników. Za swoją pracę dostawali wynagrodzenie, mieszkanie, często wyżywienie i opiekę. Ich dzieci kształcono zawodowo i przygotowywano do pracy w majątku. Dopiero prace sejmowe z okresu międzywojennego poruszyły problem braku odpowiedniego zabezpieczenia socjalnego i praw dla służby domowej w miastach. Pracownicy pałacowi z majątków wiejskich, robotnicy wynajmowani do prac w polu, lesie, czy w innych częściach zarządzanych przez wynajętych przez księcia ludzi, byli zdani na łaskę swoich pracowników. Swoisty mikrokosmos, jaki tworzył pałac i zatrudnieni w nim ludzie zależał od ustalonych w nim stosunków. Im ciężej pracowali właściciele, im lepiej się orientowali w zarządzanych włościach i mocniej dążyli do poprawy sytuacji swojej i pracowników, tym ten świat był lepszy i lepiej zorganizowany. Obejmował nie tylko stosunki ekonomiczne, ale także był światem kultury, rozwoju i szansą na przyszłość wielu ludzi.

Wraz z nadejściem wojny te delikatne więzi zostały zerwane.

To był rozłam epok, sięgający nie tylko w nasze pokolenie, ale i znacznie głębiej. Zachwiały się wtedy w swoich fundamentach dotychczas obowiązujące wartości, po tym, jak runęło i zwaliło się w proch nasze dawne życie.

Obrabowano ich ze wszystkiego. Kruszynę zajęli Niemcy, a przebywających w Adampolu Lubomirskich Sowieci upchnęli w mieszkaniu ekonoma, bez jednej krowy, bez mebli, bez żywności. W dwu pokojach podłogę wyścielono słomą. Musieli patrzeć, jak z pałacu w Mankiewiczach wynoszone są meble, porcelana i wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Cudem uniknęli wywózki w głąb ZSRR. Ale rozpoczęła się ich wojenna tułaczka, od Lwowa do Krakowa. W nędzy, upokorzeniu, w głodzie. W mieszkaniu przy ulicy św. Marcina „za szafami”, w którym ulokowano trzydzieści osób, dzieląc mieszkanie kredensami, próbując wygospodarować dla każdego jakiś przytulny kąt. Jednak poczucie obowiązku wobec ojczyzny kazało Lubomirskim, jak również Potockim i innym przedstawicielom rodów książęcych i hrabiowskich, rozpocząć działania w konspiracji. Kończyło się to zawsze tak samo: więzieniem na Montelupich, katowaniem, śmiercią.

Kruszyna została bezpowrotnie utracona. Hitlerowcy podpalili żywcem oblanego benzyną psa księżniczek Lubomirskich. Służbie zagrozili tym samym, gdyby chciała wspominać dawnych właścicieli. Pałac umarł. Lubomirscy, utraciwszy swoje gniazdo, zajęli się walką o Polskę.

Wojna nie wojna, ale wiedzę trzeba mieć.

Uczestnicząc w tajnych kompletach, Elżbieta Lubomirska zdała maturę. Zaraz potem wyjechała do Nawojowej, gdzie znajdowała się jej matka i dalecy krewni, rodzina Stadnickich. Tam Elżbieta poznała miłość swojego życia, swego przyszłego męża Józefa. Studiując nielegalnie historię na tajnym uniwersytecie w Krakowie, uciekała z miasta do Nawojowej, do ukochanego. Nie ukończyła studiów, bowiem wstąpiła do ruchu oporu. W pałacu rezydowało już kilkanaście osób, wzajemnie się wspierając. Warunki do konspiracji były idealne.

Na czele regionu wschodniego stał Józef Stadnicki pod pseudonimami „Kazimierz”, „Kobuz”, „Madej”, organizując ruch oporu na terenie Nowosądecczyzny („Tarczę” i „Uprawę”). Był komendantem placówki nawojowskiej i kierował dwójką, czyli wywiadem. Wywiad był szalenie ważny, bo przecież trzeba było wiedzieć, gdzie są jednostki Grenzschutzu (Straży Granicznej) i spenetrować miejsca, w których Niemcy mogli urządzić zasadzkę.

Ta placówka posiadała radio i swój odbiornik nadawczy, też o nazwie „Diabełek”. Ktoś, kto go obsługiwał, słuchał poleceń nadchodzących z Anglii, oczywiście zakodowanych. Każdego dnia informacje te zapisywano szyfrem i przekazywano dalej przez specjalnego gońca. Była to ogromna praca, a wszystko organizował „Madej”, czyli mój mąż.

Początkowo polegała ona na przerzucaniu polskich oficerów do Rumunii. Zaangażowano do tego gajowych i leśniczych, utworzono całą sieć punktów kontaktowych, zorganizowano działania na wielką skalę.

Dla przebywających w pałacu dzieci i młodzieży zorganizowano nauczanie. W Nawojowej przebywał Juliusz Osterwa z żoną, który wieczorami czytał wszystkim dzieła Słowackiego i Mickiewicza. A potem przyszedł czas na działania w partyzantce.

Józef Stadnicki po przebytej w dzieciństwie chorobie cierpiał na niedowład nóg. Gestapo nie bardzo mogło uwierzyć, że przeciwko nim działa kaleki mężczyzna. Elżbieta Lubomirska trafiła do konspiracji niejako przypadkiem. Danusia Stadnicka zaproponowała jej przerzucanie tajnej poczty, przesyłanej do Anglii. Nie miał się tym kto zająć, więc wybór padł na Elżbietę. Zgodziła się od razu. Nikt w rodzinie nie miał wątpliwości, że trzeba walczyć, że wolność i majątek można uzyskać tylko ciężką pracą i poświęceniem. Sprawy osobiste musiały zaczekać.

Umówiliśmy się z Józiem, że jak skończy się wojna, to na drugi lub trzeci dzień spotkamy się w holu hotelu Europejskiego w Warszawie, bo on wiedział, że zostanę jego żoną. Tylko że po wojnie nie było już ani Warszawy, ani hotelu.

Nie było wielu rzeczy. W pierwszej kolejności zniknęły tytuły książęce i hrabiowskie, jak również majątek. Przyłączenie się do partyzantów oznaczały głód, zimno, spanie w lesie, nieustającą ucieczkę przed wrogiem, przed hitlerowcami i bolszewikami. Strach i poczucie, że ponad tym wszystkim stoi obowiązek walki o Polskę, spoczywający na polskiej arystokracji, która miała przed sobą zadanie do wykonania. Musiała odzyskać utraconą ojczyznę. A tymczasem rozpadał się świat, który znali, świat bezpowrotnie utracony, nie do odzyskania. Były w nim rzeczy święte, które odeszły na zawsze, dziś przez nikogo już nie rozumiane. Były sprawy inne od dzisiejszych, których nie sposób wytłumaczyć, tak bardzo są odległe. A odzyskanie Polski nie znaczyło powrotu do utraconego życia. Wręcz przeciwnie. Wszyscy wiedzieli, że dawnego życia już nigdy nie będzie, że być nie może. Wszystko to zakończyło się wraz z wybuchem wojny. Jej zakończenie nie przyniosło ukojenia.

Po wyniszczeniu, jakie przyniosła wojna, nadszedł okres będący dla wielu Polaków jeszcze większym dramatem ciągłych prześladowań, wstępu do nowego systemu, kształtującego nadejście nowych czasów, innego świata. Kto chciał przeżyć, musiał być sprytny. Bohaterzy ginęli niepotrzebnie. Żeby zarobić, trzeba było oszukać.

Rozgrabiony majątek Lubomirskich rozproszył się, choć niektóre elementy udało się ocalić. Sporo pamiątek trafiło do pałacu w Łańcucie, który kiedyś należał do Lubomirskich. Ukryto tam saską porcelanę, złocone serwisy z Wiednia i mnóstwo zabytków francuskich, które marszałkowa Izabela Lubomirska, żona Stanisława, ostatniego marszałka wielkiego koronnego, skupowała za bezcen, gdy wyprzedawano je z Wersalu po rewolucji francuskiej. Nabyła mnóstwo mebli, obrazów i bibelotów. Jej jedyny syn zmarł jako dziecko, więc poprzez małżeństwo córki pałac przeszedł w ręce Potockich. Maryńcia Potocka Rey opowiadała, jak widziała pewnego dnia, ukryta w krzewach, Bolesława Bieruta, który przyjechał do pałacu i młotkiem niszczył herby Potockich i Lubomirskich na fasadzie budynku.

W Polsce nikt nie zauważył końca wojny, bo natychmiast zapanował komunizm. Ludzi aresztowano i wywożono do Rosji. Z Nowego Sącza wywieziono osiemdziesiąt trzy osoby należące do inteligencji. Nie było potem w tym mieście ani jednego notariusza, aptekarza czy lekarza.

Moi teściowie nie dawali wiary, że mogą zostać wyrzuceni z własnego domu.

– Zostaniecie wyrzuceni, wszystko wam zabiorą – powtarzałam wciąż, a oni w to nie wierzyli. – Mamusiu – mówiłam – niech mamusia coś robi, trzeba się pakować.

Ona na to odpowiadała, że to, co najważniejsze, czyli obrazy, są już u kardynała Sapiehy w Krakowie, złożone w piwnicach. Bardzo dużo rodzin też tam oddało co cenniejsze rzeczy. Wszystko to potem zabrano kardynałowi, a on sam posądzony był o kradzież.

Chociaż ja przepowiadałam, że wszystko zostanie zniszczone i zabrane, moja teściowa do końca w to nie wierzyła. Mówiła, że oni są już inni. Jednak każdy musiał przekonać się na własnej skórze, że jest inaczej.

Rosjanie najpierw strasznie kradli, a potem już tylko niszczyli. Widziałam całe wagony załadowane fortepianami poustawianymi jedne na drugich, a na nich cudowne dywany. Wszystko to wywozili do Rosji, tyle że te instrumenty do niczego już się nie nadawały, tak bardzo były poniszczone. Widziałam też pędzone z Niemiec do Rosji tysiące krów: niedojone, chore, z owrzodziałymi racicami strasznie cierpiały, słychać było pełen bólu ryk zwierząt, zamęczonych samą drogą (ile to kilometrów!). Nie da się tego opisać.

Sowieci kradli po domach poniemieckich i wywozili do Rosji wszystko kompletnie zdewastowane. To zniszczenie przechodziło wszelkie pojęcie.

Odzyskane po wojnie portrety królów trafiły do zamku w Wiśniczu, zdobiąc jego trzysta pięćdziesiąt pokoi. Ciekawa historia łączy się z pałacowym żyrandolem. Początkowo został przygotowany na przeszło sto świec. Bogato zdobiony, wisiał w sali jadalnej. Gdy rozpoczęła się okupacja, żyrandol został zdjęty, rozłożony i spakowany do skrzyń. Władza ludowa wywiozła żyrandol na Wawel, ale nieoczekiwanie zapadła decyzja o zwrocie tego skarbu Lubomirskim. Przywieziono go do małego mieszkania rodziny, wtaszczono na drugie piętro i wrzucono do pokoju. Ludzie, którzy wnosili paki, utknęli w mieszkaniu, nie mogąc się zza tych pak wydostać. Nastąpiła ogólna konsternacja. Ludzie w mieszkaniu nie mogli z niego wyjść, ludzie poza mieszkaniem nie mieli jak wejść do środka. Po krótkiej naradzie rodzinnej zapadła decyzja, że rodowy żyrandol zostanie przekazany Polsce Ludowej. A jednak rząd wzbraniał się przed wielkim podarunkiem i postanowił przyjąć go dopiero wtedy, gdy pani Krystyna Lubomirska przyjedzie i pomoże złożyć żyrandol w całość.

My, Lubomirscy, byliśmy średnio bogaci wśród najbogatszych. Mieliśmy sześć tysięcy hektarów rolnych, ale nie wiem, ile lasów. Takie wielkie majątki funkcjonowały jak samodzielne gospodarstwo. Rozwinięte było rybołówstwo, mieściły się tam kaflarnie, kuźnie, cegielnie, wielkie stajnie z końmi roboczymi oraz stajnie dla koni pełnej krwi. Konie te wracały do nas po pobycie w stajniach wyścigowych na Służewcu, który należał do rodziny.

Dwa pokoje w powojennej Polsce musiały zastąpić utracone przedwojenne dobra. Elżbieta i Józef Stadnicki z dzieckiem nie mieli jednak gdzie się podziać. Dawny majątek jej teścia, Szczawnica, został upaństwowiony. Lubomirscy nie mieli zameldowania, a bez meldunku nie dostali prawa do kartek żywnościowych. Tułali się do 1953 roku, handlując zbożem, które powierzali Józefowi wysiedlani Łemkowie. Elżbieta Stadnicka przez siedem lat dźwigała wiadra z wodą, bo nie mieli jej w mieszkaniu. Rąbała drewno, zrzucała ludziom za pieniądze opał do piwnicy. W Polsce Ludowej nikt nie mógł być biedny, ale bieda była powszechna, starannie ukrywana przez propagandę. W 1953 roku zniesiono prawo zabraniające zatrudniania arystokracji. Lubomirska prosiła o pomoc Paulinów jasnogórskich, pamiętając, że jej rodzina ufundowała wiele kościołów. Ale nie prosiła dla siebie. Pomagała jeszcze biedniejszym, którzy nie mieli nic. Przez jej dom przewijały się dzieci, których rodzice byli upośledzeni, niezaradni, dzieci głodzone, biedne, śmiertelnie chore. Władza ludowa zapewniała, że w kraju mlekiem i miodem płynącym nie ma takich tragedii. Lubomirska pokazywała, jak było naprawdę.

Podziwiam i podziwiałam zawsze, jak pierwsza generacja arystokracji polskiej dała sobie radę. Mój młody kuzyn Stanisław Lubomirski, bardzo zdolny, kiedy miał dwanaście czy trzynaście lat, pisał sztuki teatralne. Cztery razy zdawał egzamin na studia i niezmiennie był odrzucany. Wreszcie jego matka pojechała do Warszawy, do ministra edukacji, żeby poprosić o przyjęcie go na Uniwersytet Jagielloński. Noszenie arystokratycznego nazwiska uniemożliwiało jednak dostanie się na jakiekolwiek studia. Do tego stopnia, że Stasiowi odmówiono zdawania egzaminów na taksówkarza! Bo książę nie mógł być nawet taksówkarzem. Zanim w końcu dostał się na studia, stracił osiem lat. Wizyta matki w ministerstwie wreszcie przyniosła rezultat i Stasia przyjęto na studia górnicze, choć całkowicie niezgodne z jego zamiłowaniami i talentem. Ukończył je jednak i pracował jako inżynier w Nowej Hucie. Nieraz robotnicy zwracali się do niego: „Proszę księcia obywatela”.

Do 1953 roku obowiązywał zakaz zatrudniania arystokracji. Czuliśmy, że jesteśmy w pułapce. Księża ostrzegali, żeby nie zwracać się do nieznajomych kapłanów, gdyż było wielu fałszywych. Nasze rodziny dostawały mieszkania wspólne z ubekami: my mieliśmy pana W., a rodzina Lubomirskich różnych innych. Jednak po roku wspólnego zamieszkiwania ludzie ci stawali się raczej przyjaźni i pomocni.

Można by mnożyć przykłady na to, jak ciężki był początek życia w wolnej Polsce. Najgorzej miały rodziny, których mężowie i ojcowie nie mogli powrócić do kraju. Znałam wiele kobiet, które od 1945 roku wypatrywały powrotu męża, bo wiedziały już, że żyje, ale on nie wracał, gdyż Polska odebrała mu obywatelstwo. Jeden z Potockich przeszedł z Armią Andersa pół świata, żeby wrócić do Polski. Gdy wysiadał na stacji w Krakowie, gdzie oczekiwała go żona z dziećmi, został aresztowany i osadzony w więzieniu na dwa lata. Takich iście dantejskich zdarzeń było bez liku.

Bieda dała się wszystkim we znaki. Jeden z synów Elżbiety i Józefa ciężko zachorował, u Józefa zdiagnozowano nowotwór. Wkrótce zmarł, osierocając pięcioro dzieci i zostawiając żonę. Jakby tego było mało, kolejny syn, Adaś, w wyniku niefortunnego zdarzenia, uszkodził wzrok. Jedyna szansa na leczenie była za granicą.

I wtedy przydały się umiejętności z dzieciństwa. Znająca język francuski Elżbieta trafiła na targi w Poznaniu, na stoisko wymagające znajomości tego języka. Jego właściciel, wiedziony przeczuciami, podszedł do Lubomirskiej-Stadnickiej i powiedział jej, że miał sny, w których ona występowała. Poprosił ją o rękę. Elżbieta odmówiła, ale krewni uświadomili jej, że to jedyna szansa na ratowanie Adasia. Uległa.

Małżeństwo okazało się katastrofą. Gdy Jean Ollier zmarł, Elżbieta po raz kolejny została sama, tym razem we Francji. Siły do dalszego życia znalazła w Bogu i w pomocy biednym. Teraz mogła już realizować to, o czym myślała w dzieciństwie, zajęła się filantropią. Zadbała o wykształcenie dzieci, pamiętając, że o to samo zabiegali jej rodzice. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, doświadczona o wojenne działania konspiracyjne, włączyła się do wspierania Solidarności.

W tym czasie dzieci Elżbiety kupiły upadłe opactwo we Francji i podniosły je z ruiny, tworząc nowe gniazdo dla rodziny. Znalazła w nim miejsce także Elżbieta Stadnicka.

Elżbieta Natalia Róża Aleksandra Cecylia Lubomirska-Stadnicka. Więcej świętych moja rodzina chyba nie znała.

* * *

Lubomirscy. Powstanie rodu datuje się na X wiek, gdy wspomagali Mieszka I w walce z poganami, za co zostali nagrodzeni godnością rycerską i herbem. W XVI i XVII wieku byli jedną z najznaczniejszych polskich rodzin szlacheckich. Oprócz dziesiątek miasteczek i setek wsi należały do nich dzisiejszy Mokotów (dzielnica Warszawy), Wola Justowska w Krakowie, pałace w Dreźnie i we Wiedniu. Hetman wielki koronny Hieronim Augustyn był poważnym kandydatem do tronu po Janie III Sobieskim. Poprzez małżeństwa skoligacili się z Hohenzollernami, Rurykowiczami, Wittelsbachami, Burbonami.

Jak podkreślano w rodzinie, obowiązki wynikające z tak znamienitego urodzenia wymagały poświęceń i pracy. Lubomirscy walczyli we wszystkich ważnych bitwach Rzeczpospolitej, w wielu dowodząc. Przelewali krew, dbając o interesy Polski. W parze z oddaniem ojczyźnie szła służba Bogu. Fundowali dziesiątki obiektów sakralnych, ochronek dla dzieci, wspierali działania charytatywne i zajmowali się mecenatem. Poza zamkiem w Wiśniczu, największym dziś polskim majątkiem Lubomirskich na ziemiach polskich, dowody ich hojności zdobiły ściany pałacu w Wilanowie, Łazienek Królewskich w Warszawie, setek innych pałacyków, dziś już nieistniejących. To z Łańcuta wyruszył Tadeusz Kościuszko, inicjując insurekcję.

Wspomniana już wcześniej Izabela Lubomirska, która wykupiła znaczną część dóbr wersalskich, położyła kamień węgielny pod budowę Teatru Narodowego w Warszawie. To dla niej powstała kolęda „Bóg się rodzi” napisana przez Franciszka Karpińskiego. To ona zbudowała pałac w Warszawie na ziemiach, które nazwała Mon Coteau (Moje Wzgórze), które z czasem przemieniły się w dzielnicę Mokotów. Lubomirscy prowadzili wiele akcji ratowania polskości podczas zaborów. W 1918 roku książę Regent Zdzisław Lubomirski zabiegał o deklarację niepodległości wyzwolonej Polski i był ojcem polskiej administracji. To Lubomirskim Warszawa zawdzięczała kolejki wąskotorowe, grójecką, jabłonkowską i wilanowską.

II wojna światowa pozbawiła rodzinę majątku. Po odzyskaniu niepodległości zostali ostatecznie wysiedleni i poddani wieloletniej inwigilacji i nękaniu przez służby bezpieczeństwa.

Rodzina nie ustawała w ciężkiej pracy, której efekty przeznaczała na dalsze pomnażanie zdobytego majątku, często przeznaczanego na pomoc innym. Stworzyła fundację, która zajmuje się mecenatem nad artystami, ale i wspomaga studentów. Jej prezesem jest Jan Lubomirski Lanckoroński, człowiek, który, jak twierdzi, nosił spodnie po Habsburgach, a jego ojciec dostawał buty od rumuńskiego króla. Dziś posiada kilkanaście spółek, jest zaangażowany w wiele przedsięwzięć, ale zaczynał od niewielkiej firmy, robiąc kanapki. Jak przyznaje, jego duchowym mentorem jest pochowany na Powązkach książę Stanisław Sebastian Lubomirski, twórca Centralnego Związku Przemysłu Polskiego „Lewiatan”, wydawca czasopism i założyciel i prezes Banku Przemysłowego w Warszawie. Człowiek, który całe życie zabiegał o niezależność polskiej gospodarki. Jako pierwszy w rodzinie trafił na Powązki za zasługi dla ekonomii kraju.

 Książkę Na krawędzi epok kupić możecie w popularnych księgarniach internetowych:

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Avatar użytkownika - Poczytajka
Poczytajka
Dodany: 2019-05-29 15:48:35
0 +-

Zainteresowała mnie ta opowieść.

Avatar użytkownika - igielka
igielka
Dodany: 2019-05-27 10:05:24
0 +-

Intersująca książka, chcę przeczytać.

Avatar użytkownika - natanna
natanna
Dodany: 2019-05-25 20:02:24
0 +-

Bardzo interesująca historia. Zostałam zachęcona....

Avatar użytkownika - JolaJola
JolaJola
Dodany: 2019-05-22 08:50:29
0 +-

Zapowiada się trudna ale pouczająca lektura. 

Avatar użytkownika - bachacz
bachacz
Dodany: 2019-05-21 20:43:38
0 +-

Postaram się przeczytać tę książkę. Zobaczyć świat, którego już nie ma , wskoczyć w minione czasy i innymi oczyma dostrzec to co ważne. Warto.

Avatar użytkownika - martucha180
martucha180
Dodany: 2019-05-21 20:23:20
0 +-

Życie na krawędzi epok nigdy nie jest łatwe.

Avatar użytkownika - Justyna641
Justyna641
Dodany: 2019-05-21 17:42:44
0 +-

Chętnie przeczytam tę książkę.

Avatar użytkownika - Lenka83
Lenka83
Dodany: 2019-05-21 11:47:33
0 +-

To były czasy.... ciekawy artykuł.

Książka
Na krawędzi epok
Elżbieta Lubomirska-Stadnicka

Warto przeczytać

Recenzje miesiąca
Manhattan Babilon
Lech Majewski
Manhattan Babilon
Nigdy nie będziesz mną
Anna M. Brengos;
Nigdy nie będziesz mną
Orangeboy. Masz u nas dług
Patrice Lawrence
Orangeboy. Masz u nas dług
Mały manipulator
Bartosz Sztybor;
Mały manipulator
Westerplatte
Jacek Komuda
Westerplatte
Harem
Alex Vastatrix, Waldemar Bednaruk
Harem
Pan Taro w Krainie Śpiących Talentów
Jolanta Berezowska, Małgorzata Berezowska
Pan Taro w Krainie Śpiących Talentów
Pokaż wszystkie recenzje