Nawet w PRL-u można było tworzyć całkiem dobrą sztukę. Wywiad ze Sławomirem Koprem

Data: 2022-07-27 14:42:56 Autor: Sławomir Krempa
udostępnij Tweet
Okładka publicystyki dla Nawet w PRL-u można było tworzyć całkiem dobrą sztukę. Wywiad ze Sławomirem Koprem z kategorii Brak kategorii

– Dzisiaj książki dużo częściej tworzą wykształceni rzemieślnicy, rozumiejący konwencję czy reguły gatunkowe i potrafiący się w nie wpisać (żeby nie powiedzieć: skopiować je), niż wielkie talenty literackie. O wielkich gwiazdach doby PRL-u opowiada Sławomir Koper, autor książki Ulubieńcy bogów umierają młodo

Co Pan ma z tym PRLem?

Wie Pan, PRL był wprawdzie brzydki i szary, ale z drugiej strony trzeba pamiętać, że istnieją różne odcienie szarości. Poza tym, nie można tylu lat historii naszego kraju całkowicie przekreślić albo udawać, że nie istniały. Sam miałem 26 lat, kiedy upadł komunizm, więc udało mi się całkiem dobrze poznać tę słusznie minioną epokę. I wydaje mi się, że takiej eksplozji talentów kulturalnych, jak w PRLu, nie mieliśmy w żadnym innym okresie naszej historii.

Jedną spośród gwiazd, których życie opisuje Pan w swojej książce Ulubieńcy bogów umierają młodo, był Zbyszek Cybulski. A jego miłośnicy pewnie odsądzą Pana zaraz od czci i wiary, bo pisze Pan, że nigdy nie zrobił on wielkiej kariery.

Zdecydowanie Cybulski nie zrobił kariery, na jaką zasługiwałby jego talent. Ale stało się tak nie bez przyczyny: aktor ten był osobą trudną we współpracy: spóźniał się, czego producenci bardzo nie lubili, czasami zjawiał się na planie na mocnym kacu lub pod wpływem, a – co najgorsze – istniała obawa, że nawet jeśli zagra epizod, to skradnie całe miejsce innym aktorom.

Cybulski był geniuszem, jestem wielkim wielbicielem jego talentu. Uważam, że gdyby urodził się na Zachodzie, zrobiłby o wiele większą karierę.

Ale Cybulski i tak ma sporo szczęścia, pozostały po nim bowiem role w filmach, które do dziś w Polsce się ogląda. Wielu twórców działających w PRL-u całkowicie zapomniano – i tu najlepszym przykładem jest Andrzej Brycht, uważany za największego pisarza swojego pokolenia. Brychta dziś nikt nie czyta?  

Nikt, podobnie jak prawie nikt nie sięga po twórczość prawie całego pokolenia „Współczesności".

Pewnie wiele osób nie wie nawet, do czego odnosi się to określenie…

To prawda, bo też była to dziwna grupa ludzi, którzy „pracowali twórczo", siedząc na murku nieopodal uniwersytetu i pijąc piwo. Wiele osób omijało ich szerokim łukiem – były to czasy, gdy pisarz musiał mieć mocną pięść i potrafić z niej korzystać, a niektórzy spośród twórców z pokolenia „Współczesności" do bitki mieli wyjątkową skłonność.

Na przykład Roman Śliwonik.

Tak, Śliwonik szczególnie często bitki zaczynał, a mierzący dwa metry wzrostu Brycht je skutecznie kończył, wyznając zasadę, że jeśli przeciwnik leży, to należy mu jeszcze dokopać – inaczej wstanie i odda. Ale nie ta cecha go zgubiła. Brycht miał wielki talent, niesamowity słuch językowy, ale za szybko dogadał się z komunistami. Gdyby nie to, pewnie byśmy o nim dzisiaj pamiętali.

Ciekawe, że wśród wybitnych osobowości literackich tego okresu tak wielu było ludzi pochodzących spoza elit, ludzi wykształconych słabo lub prawie niewykształconych. Skąd ten wielki wybuch kreatywności w narodzie?

W PRL wprowadzono obowiązkowe nauczanie i co jak co, ale analfabetyzm komunistom udało się zlikwidować wyjątkowo skutecznie. A jeśli nagle 30 milionów ludzi nauczymy pisać, to znajdzie się wśród nich przynajmniej kilka osób, które mają autentyczny talent.

Dziś też chyba wszyscy Polacy potrafią czytać i pisać...

Ale dzisiaj mamy zupełnie inne realia rynkowe. Współcześnie mamy taki zalew nowości książkowych, że przebić się jest dużo trudniej niż 15-20 lat temu – nie mówiąc już o czasach PRLu. Poza tym wiele powstających wówczas utworów należałoby zakwalifikować jako eksperymenty literackie, a dzisiaj, w czasach tak dużej konkurencji, skłonność wydawców do podejmowania rynkowego ryzyka i wydawania rzeczy autentycznie nowych, twórczych, kreatywnych, jest dużo mniejsza. Mówiąc prościej: dzisiaj książki dużo częściej tworzą wykształceni rzemieślnicy, rozumiejący konwencję czy reguły gatunkowe i potrafiący się w nie wpisać (żeby nie powiedzieć: skopiować je), niż wielkie talenty literackie.

Pisze Pan w książce, że PRL był też końcem prawdziwej cyganerii literackiej.

I tu również zadecydowały względy rynkowe, bo pisarz może bujać w obłokach, ale z czegoś żyć musi. Mało kto pamięta, że Stachura, owszem, dostawał nagrody państwowe i sute stypendia, ale tak naprawdę utrzymywał się z hazardu – z gry w pokera. Jarosław Iwaszkiewicz na jednym ze zlotów pisarzy podobno powiedział do kolegów po piórze: „Panowie, możecie pisać poezję, ale ożeńcie się bogato". I sam też zresztą tak zrobił.

Ale i tak utrzymać się z pisania było łatwiej niż współcześnie.

To prawda, autor otrzymywał wówczas dużo lepsze tantiemy niż dzisiaj. No i pieniądze trafiały do niego z automatu, nie było opóźnień w płatnościach, nie trzeba było się sądzić, by odzyskać należne pieniądze. Niestety, równocześnie nie były to wystarczające zarobki, by za książki wydawane w Polsce godnie żyć na przykład na Zachodzie. I to też była spora bariera dla twórców, którzy chcieliby spróbować zrobić tam karierę.

Powiedzieliśmy o kwestiach finansowych, a co sądzi Pan o warstwie artystycznej literatury i – szerzej – sztuki PRLu?

Część wydanych wówczas książek do dzisiaj się broni. Dla mnie najlepszym przykładem są tu wiersze Milczewskiego „Bruna", który jak nikt oddał urok Polski powiatowej. Jej echa zresztą odnajduję do dzisiaj, gdy wyjeżdżam na spotkania autorskie właśnie do niewielkich miejscowości.

A muzyka?

Do dziś czuję ciarki, gdy słyszę piosenki Anny German. Uważam, że gwiazda o takim głosie całkowicie zmarnowała się w siermiężnym PRLu, choć miała potencjał większy niż chociażby Dalida. Przy okazji pisania Ulubieńców bogów.. mocno pogrzebałem w przeszłości piosenkarki i znalazłem sporo ciekawostek, które z pewnością warto poznać.

Przybliża Pan w książce także postać wybitnej rzeźbiarki, Aliny Szapocznikow...

Będącej chyba jedną z niewielu polskich artystek, którym dane było spotkać Picassa – więcej: Szapocznikow pożyczyła od niego pieniądze. Ale na tym jej osiągnięcia się nie kończą: w podziemiach Pałacu Kultury przechowywanych jest sporo jej rzeźb, które pokazują, że nawet w konwencji socrealistycznej można było tworzyć całkiem dobrą sztukę.

Zwłaszcza jeśli temperament artysty był na tyle silny, że w jakimś stopniu tę konwencję przełamał, rozsadzał, wychodził poza schemat...

Tak, i tu świetnym przykładem jest Wiesław Dymny, niezwykle uzdolniony plastyk, aktor, poeta, prozaik, satyryk, scenarzysta, autor tekstów piosenek i szef zespołu bigbitowego. Co ciekawe, Dymny w każdej z wymienionych dziedzin radził sobie świetnie i mógłby zostać zapamiętany na zawsze, gdyby po pierwszym poważniejszym sukcesie nie nudził się nią. Dymny to, moim zdaniem, drugi Leonardo da Vinci, geniusz, którego talent wykraczał poza czasy, w których przyszło mu żyć, a już zwłaszcza – poza smutny grajdołek PRLu, gdzie mieszkał.    

Porozmawiajmy jeszcze przez chwilę o innej bohaterce Pańskiej książki, o kobiecie, która poetką została przez... Wisławę Szymborską.

Halina Poświatowska była, moim zdaniem, osobą, którą dużo bardziej interesowało życie prywatne niż wiersze. Rzeczywiście do pisania namówiła ją Wisława Szymborska, która była wówczas już dość znana w kręgach literackich. Poświatowska jednak zawsze traktowała wiersze jako drobiazgi, tworzone niejako przy okazji, mimochodem. Prawdopodobnie przykładała do nich mniejszą wagę niż do eleganckich strojów czy pięknych fryzur, a szczególnie eleganckich butów. Rujnowała się zreszta na włoskie obuwie w sklpach PKO, GDYŻ Pewexów jeszcze nie było.

Dziś Poświatowska pamiętana jest jako poetka miłości, która żyła wyłącznie wielkim uczuciem do zmarłego przedwcześnie męża. W rzeczywistości był to w dużym stopniu element autokreacji – Poświatowska do końca szukała szczęścia i była otwarta na kolejną miłość. Po pierwszej operacji serca poetka zyskała chwilę oddechu i szansę na szczęście. Gdy choroba wróciła, Poświatowska mogła albo poddać się kolejnemu zabiegowi, co było bardzo ryzykowne i co mocno odradzali jej lekarze, albo też żyć jeszcze kilkanaście lat między tapczanem i sofą, pisząc wiersze. Poświatowska wolała życie od poezji, lecz – niestety – pozostały po niej tylko wiersze.

Ten wyjątkowy apetyt na życie wydaje się cechą, która łączy wszystkich bohaterów Pańskiej książki.

Z pewnością łączy ich to, że nigdy nie zrobili kariery, na jaką zasługiwali i jaką mogliby zrobić na Zachodzie, żyjąc w innym, wolnym kraju. Łączy ich też to, że byli wielkimi osobowościami. Każde z nich znalazło swój język i rozsadzało narzuconą konwencję, schemat, mogąc dzięki temu się wybić. Wreszcie – wszyscy żyli pełnią życia, zdobywali sławę i umierali dość młodo. Ja w odróżnieniu od nich mam to szczęście, że karierę zacząłem robić po czterdziestce, więc mam nadzieję, że jeszcze trochę pożyję (śmiech).

Książkę Ulubieńcy bogów umierają młodo kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

 

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.