Szufladkowe notatki czterdziestoparolatki
Zwolnij w codziennym biegu ,dostrzeż piękno chwili .

logo

ROZDŹWIĘKI ODCZUWAŃ
Notatkę dodano:2014-01-30 22:21:48

Cisza. Delektuję się nią, niczym tabliczką czekolady. Bywa cisza przed burzą, bywa kojąca, zdarza się dołująca oraz parę jeszcze innych rodzai, których wymieniać nie mam zamiaru bo u mnie akurat inny rodzaj ciszy panuje. Upragniona, taka, która choć milczy daje możliwość rozwoju własnych myśli. Nawet żaden z klasyków nie zakłóca tego prawie ideału wyciszenia. Nie znaczy to, że zawsze uwielbiam siedzieć sama i otulona milczeniem oraz brakiem innych dźwięków. Akurat dziś odpowiada mi to co wokół mnie. W takiej ciszy potrafię się skupić, wypocząć. Wolny od pracy zawodowej dzień, w dalszym ciągu chusteczki higieniczne stanowią moje najbardziej pożądane towarzystwo. Otarty nos, i bladość powodują, że omijam lustra nie chcąc widzieć tego obrazu nędzy i rozbicia dostrzegalnego gołym okiem. Dzisiejszy dzień spędzony w domu, bez pośpiechu z krótkim tylko wyjściem po młodego do przedszkola, dał mi możliwość lekkiego powrotu do pionu. Choć nie powiem, abym już czuła się niczym mocarz. Prędzej mi do przysłowiowej biedy z nędzą. Ale to fizyczność tak sobie ze mną pogrywa, bo psyche całkiem dobry poziom reprezentuje. Zwyżka. Szkoda tylko, że nie idą wszystkie wartości w równym szyku. Jak dobry intelekt, fizyczna słabość i na odwrót. Choć może to i lepiej, bo przecież jak jest dobrze w każdej dziedzinie to bym góry przenosiła, jednak jak zeszłyby się do kupy słabe odczuwania, to znów do niczego bym nie była przydatna. A tak, jakoś się te zwyżki z niżami podzielą i w ogólnym rozrachunku nie jest całkiem źle. Lubimy jak nasz bilans wychodzi na zero i taki właśnie chyba mój wynik jest. Chciałoby się lekkiego plusa, jednak skoro nie dostępny zadowalamy się tym co jest. Uczymy się żyć na takim mało wygórowanym poziomie i choć są pragnienia nie dążymy do nich za wszelką cenę. Jednak jeśli czasem coś nieoczekiwanie spowoduje odmianę w stronę plusa dobrze aby umieć się cieszyć jakby ten plus, był na miarę podliczenia majątku Rockefellera. Zdarzają się czasami powody do takiej radości. Jakaś złapana na czas okazja, coś wypatrzone w górze ciuchów w lumpeksie, przecena rzeczy o której się marzyło a nie była w zasięgu możliwości, to materialnie. A może być też tak całkiem odmiennie, niespodziewany gest męża, przytulenie dziecka, słowo szczerze wypowiedziane, które podnosi na duchu a które w najmniej spodziewanym momencie zostanie wyartykułowane. To nie musi być główna wygrana z parokrotną kumulacją w lotka, nie musi być wypasiony samochód. Tylko kwestia najważniejsza jest tutaj w nas samych. Umiejętność radości z małych rzeczy. Dobrze jak się każdego dnia dostrzeże ten powodujący radość plusik. Wczoraj miałam, dzisiaj miałam, jutro postaram się znaleźć i też mieć. Radość, nie zrzędzenie, uśmiech, nie szukanie mankamentów. A jak już miałoby się skończyć szukaniem, to może lepiej ominąć lustra jak robię to dzisiaj ja, i blade oblicze nie podcina mi skrzydeł. Jutro będzie lepiej i oprócz innych plusów także moja twarz nabierze kolorytu a nawet jeśli sama tego nie zrobi, to odrobinę jej pomogę, aby czerwony, otarty nos nie kontrastował z resztą. I będę widzieć małe plusiki codzienne, i te większe w jakiejś perspektywie. Jak już zauważę to nie zapomnę się nimi odpowiednio uradować, tak jakbym codziennie stawała się bogaczką z ogromną fortuną.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NIE DLA WSZYSTKICH WAŻNE
Notatkę dodano:2014-01-29 21:59:06

Małymi, odliczanymi po cichu kroczkami zaczynam odhaczać kolejne upływające dni. Jak wielokrotnie bywało i bywać będzie w przyszłości na coś czekam. Mało istotne to moje oczekiwanie, ot, kolejny punkt programu którym mogłabym określić swoje życie. Może to czekanie to taka namiastka wyczekiwania spraw dużych, których jakoś występowanie ostatnimi czasy zamarło. Wielkie wydarzenia jak razie gdzieś na moim horyzoncie nie klarują się, żadnych nawet bardzo rozmytych konturów niczego ważnego nie widać, więc sobie znalazłam powód do czekania. Większe wolne, jakieś zaległe dni urlopu, w zbieżności ze szkolnymi feriami stanowią mój cel do którego powoli sunę. Będziemy sobie razem z Kleszczem rządzić jako dwa wolne od obowiązków darmozjady. Już dzielę tę skórę na niespodziewającym się niczego jeszcze, całkiem żywym niedźwiedziu. A to przecież jeszcze dwa i pół tygodnia. Przelecą, miną, może coś po sobie pozostawiając, a może z ulgą ostatni dzień będzie przyjęty. Nie wiem jak będzie wyglądać ten zbliżający się czas. Żadne plany nie są czynione, niczego szczególnego nie zamierzam, jednak gdzieś w podświadomości ten stan wyczekiwania już jest. Może nie potrzebnie akurat teraz będę ten urlop brać, jednak mam pewien niedosyt wypoczynku, oderwania i może właśnie liczę na to, że jakieś małe lub większe, odmienne od tej mojej codzienności sprawki się wydarzą. Nie, żebym wybitnie czegoś pragnęła, jednak coś takiego w człowieku siedzi, jak ma źle, narzeka, jak ma spokój też narzeka, tylko inne formy narzekanie przyjmuje. Raz jęczymy dlaczego akurat mi to czy tamto, a drugim razem, a bo u mnie to nic się nie dzieje... ciężko dogodzić. Skoro wielu z nas to się przydarza dlaczego mam jakoś bardzo odstawać od ogółu. Wyalienowanie nie jest wcale wygodnym rozwiązaniem, i na pewno trudniej żyć sztywno trzymając się na uboczu, kiedy stajemy się dziwakami dla całej reszty. Można wykazywać niezłomność swoich poglądów, ich odmienność tylko do tego trzeba wielkiej siły. Taka siła polegająca na niezwracaniu uwagi na opinie innych, nie przypuszczanie do siebie słów krytyki, zobojętnienie na wrogość czy też szyderstwo ze strony otoczenia. Niewielu jest takich, których droga raz obrana, inna, innością stanowczą, przebiegła bez zakłóceń i zakrętów. Zresztą ten większy od jednostki ogół potrafi przywrócić do pionu odmieńca. Jeśli nie przywróci, to nagina, różnymi sposobami mając w zanadrzu przebogatą ofertę form nacisku. Jak to mówią jak nie prośbą do groźbą. Ludzie wielcy ginęli za własne idee, poglądy, niezłomnie wierząc w słuszność. Tylko tych wielkich, nigdy nie zbaczających maleńka garstka. W dobrych czasach dla chorągiewek przyszło żyć, tolerowane takie sposoby zachowania, miękkość postaci, plastyczność poglądów większe wzięcie i popyt w każdym środowisku. Może spowodowane jest to pewnym zmierzchem wartości, które obecnie niewielu mają głosicieli, a i coraz mniej tych którym znane i w ciągłym użyciu zarówno prywatnym jak i ogólnie rozumianym. Łatwiej powiedzieć: „tylko krowa nie zmienia zdania”. Niby racja jednak jeśli ktoś ciągle i wciąż, przy żadnym poglądzie chwili nie wytrzyma? To może jednak czasami ta przysłowiowa krowa powinna stać się wzorem i odrobiny stałości darować obłudnej chorągiewce. Jak polegać na ciągle zmieniającej zdania osobie, skoro jednego dnia będzie chwalić, drugiego wyklnie i obsobaczy. A nikomu do głowy nie przyjdzie powiedzieć, że nie tak to powinno wyglądać, że opoka to coś stałego, i tylko kamień się do niej nadaje, i temu mocnemu kamieniowi zaufam. Bo wiem, że i dziś będzie kamieniem, i jutro też nim pozostanie, nie zaskoczy mnie przeistoczeniem się w miałki piasek przesypujący się między palcami i nic po sobie w dłoni nie pozostawiający.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


...SŁODKIEGO, MIŁEGO ŻYCIA....
Notatkę dodano:2014-01-27 22:18:49

Korzenne zapachy będą mnie prześladować. Wczoraj cynamon, dziś rozgrzewająca herbata mająca doprowadzić do pionu moje kichające ze zbyt ogromną częstotliwością ciało. Krótkotrwała zmarzlina zaczyna poddawać się panującej odwilży, i za tą zewnętrzną wilgocią podąża w ten dziwaczny sposób mój nos. Tak jakby roztopy miały dla tej konkretnej części ciała jakieś znaczenie, jakby wywoływały nieprzebrane pokłady wilgoci z wnętrza mojego jestestwa. Oszukuję powonienie, uciekam się do dziwnych sposobów na smak i zamiast jakiejś czerwonej lub zielonej herbaty mój wieczór pachnie kardamonem, imbirem oraz gałką z lekkim przełamaniem słodyczą lipowego miodu. Cóż mogę sobie zaordynować, na symptomy katarowo – przeziębieniowe? Natura podpowiedziała mi akurat te korzenne, pikantnie szczypiące język przyprawy. Jeśli nawet nie pomogą w sposób jasno określony i stanowczy jak zapora dla wydzielin z nosa, przynajmniej odrobinę pewnej rozkoszy dla podniebienia dadzą. Nawet zastosowanie miodu przy ograniczeniach i narzuconym, choć nie do końca przestrzeganym rygorze bez cukrowym jakoś łatwiej się tłumaczy walorami leczniczymi. Znalazłam wymówkę, od razu inaczej smakuje ten zaordynowany cukier w postaci miodu. Z każdej strony dudnią, cukier to śmierć, narkotyk, uzależniacz. Zamień sobie ten smak na bez cukrową miałkość, będziesz zdrów, gładkolicy, długożyjący. Tylko zapominają dodać, szczególnie dla tych już uzależnionych, że nie będzie łatwo, że ta samodyscyplina sporo kosztuje, nie finansowo ale ubogacająco dla dotychczasowych przyzwyczajeń. Że wmówienie sobie iż lubimy gorycz herbaty, uwielbiamy kawę w jej pierwotnej gorzkiej postaci, nie znosimy rozpływających się w ustach „niteczek”chałwy, zabójczy ptyś jest wrogiem największym a wypełniony gładkim kremem ekler to czyhający na mnie morderca, jest sprawą prawie nie możliwą. Poddajemy się i nasze kubki smakowe przyzwyczajają się do ograniczeń, do ascetycznej inności, ale jeśli tylko jest możliwość bezkarnego, okłamania choćby pod pozorem lekarstwa to przemycamy ten najzwyklejszy cukier i cieszymy się trującą pełnią smaku.

Ostatnio w ramach obdarowania mnie przez jedną osobę stałam się posiadaczką czegoś co zgodnie ze zdrowymi trendami powinnam będąc uświadomioną jednostką stosować jako zamiennik tradycyjnego, kalorycznego, zabójczego ….cukru. To coś to wysuszone i skruszone liście rośliny o nazwie stewia. Jestem otwarta na inne smaki, i akurat słodycz w tymże zielu jest niewątpliwie słodka, daje się tym posłodzić herbatę, w pewnym uporze nawet zastosowanie do kawy jest możliwe. Jednak...no właśnie, jest to jednak dosyć sporych rozmiarów. Zaparzona, czy też ugotowana roślinna sieczka ma pewien defekt, który powoduje nieodmiennie następującą reakcję: wejście Kleszcza do kuchni : „co tu tak śmierdzi” lub w wersji delikatniejszej „ jakoś tu coś nieładnie pachnie” . Wymowne milczenie ze strony mojego męża ze znaczącym wzrokiem skierowanym na źródło woni może nawet bardziej deprymująco działa na całą moją otwartość i pro zdrowotność. Poddaję się. Zapach kadzidlany jak dla mnie nie jest wart żadnej słodyczy, lub może odwrotnie żadna słodycz nie jest warta mojego wytrzymywania kadzidlanego smrodku. Cóż taki mam defekt, kadzidło w kuchni odpada i nic na to nie poradzę. Istnieją zamienniki oraz gotowce w postaci syropków lub pastylek tylko czy one mają więcej wspólnego z tą słodką roślinką czy z jakąś pochodną chemicznych sacharyn. Tu już ogarnia mnie pewien rodzaj zwątpienia i może wypróbuję tych innych surogatów słodyczy, jeśli nadarzy się ku temu okazja, jednak inwestować w tą nową modę póki co nie zamierzam. Postawię na szalę, zdrowie i brak cukru, z dozą lekkiego smutku lub wybiorę drugą opcję, ale to może jutro, dziś jeszcze mam przecież katarową wymówkę....


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


ZAPACH MROZU I CYNAMONU
Notatkę dodano:2014-01-26 21:56:14

Ostatni dzień siedzenia w domu, przesyt, choć i poczucie pewnego zmarnowania tego minionego czasu. Nie ma co rozdzierać szat, to co przeszło nie wróci, nie cofnie się spraw, które miały miejsce oraz tych które nie zdążyły się wydarzyć. Machnięcie ręką to najlepszy gest w takich sytuacjach i ma on być powiązany z wewnętrznym poczuciem zasuniętej kotarki za minionym czasem. Co było to było, nie wrócimy do minionego i nie damy rady ani bardziej naprawić ani bardziej zepsuć. Każda następna chwila to coś nowego, i kolejnego, co też przejdzie. Żadne odkrywcze teorie nie wychodzą teraz ani z mojej głowy ani spod ręki. Rozkoszuję się ostatnimi godzinami spokoju. Młody już za ścianą zasnął, mąż nieodmienne zbratanie się z tv, a ja gdzieś tu, czyli właściwie niby u siebie a zarazem jakbym w otwartych drzwiach stała, nie wiedząc gdzie, ani kto moje dyrdymały będzie czytał. Lampka ulubionego wermutu, Mozart w głębi moich uszu, zapach cynamonu.... Tego zapachu to tak do końca nie planowałam aż w takiej intensywności a ilekroć poprawię włosy, poruszę głową czuję jak mnie otula i wciąż jest. Ten mój ostatni z wolnych dni oprócz standardowego wyjścia na sanki z Kleszczykiem przeznaczyłam też w pewnym wycinku dla siebie i tylko dla siebie. Zanim moje godziny nastąpiły, obowiązkowe wietrzenie Kleszcza, zarówno w celu pewnego zahartowania jak i dla samej frajdy saneczkowych zjazdów. Wieczne zdziwienie jego, że matka daje radę, że sam tak daleko nie potrafi ujechać, jak to się dzieje, kiedy ja kieruję i dyryguję całą akcją. Cóż on młokos wie....? w jego małoletnich oczach pewnie jestem poważną osobą, która statycznie do życia podchodzi. Myśli, że nie ma w moim, choć pewną dojrzałością przyobleczonym ciele, dziecka, małej dziewczynki, która nie na takich górkach sobie tyłek niejednokrotnie stłukła. Widzi dorosłego i nie daje szansy na ukazanie tego, co ten dorosły tak naprawdę potrafi w dziedzinie bycia dzieckiem. Sam dorosły, czasami pewną dozą zahamowań skorumpowany, sam się nie wyrywa, nie wychodzi przed szereg, tylko ma w świadomości pewność, że dałby radę i pewnie by dał gdyby spróbował. Tak jak ja daję radę kiedy siadam na te nędzne, współczesne sanki i pobijam kolejny rekord w odległości, kiedy sanki jadą tam gdzie ja chcę, kiedy dziecko widzi, że ta starsza osoba za każdym razem z tarczą wraca odnosząc kolejne zwycięstwo nad niedoświadczoną młodością. Jeszcze go to irytuje, nie rozumie pewnych niuansów które ja mijam milczeniem lub krótkim: „następnym razem pójdzie ci lepiej”. I staję się zwycięzcą, choć mało istotne te zwycięstwa, dla mnie mało ważne, dla młodego z jego punktu postrzegania świata inna ich wartość. Jestem górą w niektórych dziedzinach, rywalizacja ze mną z góry skazana na porażkę, jeszcze mogę być zwycięską konkurencją. Za parę lat ten stan się zmieni, stanę się nie ważna, moje umiejętności pójdą w zapomnienie, przykryje je kurz bezczynności. Wiem, że tak będzie, jednak póki jeszcze mogę, i młody chce mnie za towarzysza dziecięcych zabaw, wykorzystam ten czas.

Mój opis dzisiejszej eskapady choć mało dokładny, zajął sporo miejsca, w dzisiejszej notce, a przecież mój dzień to nie tylko ten mroźny spacer. To też moje chwile, mój upieczony zamiast niedzielnego ciasta chleb. Niby taki sam jak zawsze a zarazem poprzez dodatek czarnuszki całkiem odmienny jego smak spowodował, że nawet młody zwrócił uwagę, czy przez przypadek nie dodałam pieprzu, bo jemu tu czegoś brakuje jak się wyraził . Posunęłam się w szaleństwach o krok dalej, także we własnej kosmetyce, dodając do swojej barwiącej włosy henny łyżeczkę cynamonu, ot tak sobie, dla fantazji. Fantazja teraz rozsiewa ten ciepły zapach a ja zastanawiam się jak długą żywotność będzie miało to co raczej ze słodką szarlotką się identyfikuje a nie z włosami. Zapachu trwaj , choć jesteś odmienny od codzienności. Zapach szaleństwa ostatniego wolnego dnia.


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


NIE BIEGAM....CHOĆ PODBIEGAM
Notatkę dodano:2014-01-25 21:33:12

Jedenaście poniżej zera. Już sama taka temperatura jest dla mnie wystarczającym powodem do siedzenia w domu. Dochodzi to tego nie przechodzący w lepszą jakość odczuwań stan jakiegoś poddenerwowania. Wszystko drażni, każde słowo męża jak przytyk. Im więcej tych przytyków, tym bardziej gotuje się pewien rodzaj złości na wszystko. Nie zawsze sielanka, nie zawsze pastelowe odczuwanie codzienności. Bywają dni chęci ucieczki. Nie mogę sobie pozwolić na oderwanie się w kierunku nieznanym, w ciepłe rejony. Moja dzisiejsza ucieczka, choć mróz, choć niechęć, na krótko, odrobina wyobraźni, kawałek nieobecności, ciepło na mały wycinek dnia. Za mało... za blisko, za słabe oderwanie od mojego tu i teraz. Wszystkie klocki mojego życia tak bardzo się zazębiają, że czasami myślę, jeśliby spadł mi nieplanowany wyjazd, jakaś wygrana wycieczka lub pobyt poza domem, to te cholerne klocki nie umiałyby się poprzesuwać tak aby nastąpiła konsumpcja wygranej. Wygrałam bilet na koncert, w poniedziałek o dziewiętnastej i już wiem, że nie usiądę w sali odświętnie ubrana, przejdzie mi koło nosa coś co spadło z nieba. Poza planami, bez szans na realizację. I w ciągu tego zeźlenia na wszystko jeszcze to, że niby mogłabym, a jednak nie mogę. Tak niewiele człowiek ma okazji do innych chwil w swoim życiu i jak nawet taka okazja się nadarzy, trzeba wypuścić z rąk, z pewnym żalem. Nikt nam tego nie wyrywa z dłoni, sami musimy rezygnować i choćbyśmy udawali, że nic nas to nie rusza, gdzieś w głębi duszy poczucie pewnej straty zostaje. Wiem, że nie nadawałabym się na włóczęgę po świecie, na globtrotera, włóczykija, cóż skoro zdarza się myśleć i chcieć czegoś innego. Muszę przeczekać ten stan wyrywania się w nieznane, korzenie trzymają mocno. Mąż przestanie docinać, ja przyjmować błędne interpretacje, wróci norma. Może minie mróz, przyjdzie lepszy czas na wszystko. Jeszcze nie teraz. Teraz szczypanie, zakryta szalikiem aż po oczy twarz, swędząca od czapki głowa, marznące koniuszki palców. Cóż po nazwach: termalne, termiczne, skarpetki, rękawiczki, legginsy, jakieś koszulki, skoro ich możliwości ogrzania mnie kończą się w zasadzie chyba tylko na tej nazwie. Przerośnięta cebula, taki obraz tworzę w wielu warstwach odzienia, które i tak okazują się nie wystarczającymi. Już czuję niejakie skrępowanie tą mnogością szmat na sobie a i tak gdzieś, jakiś kawałek ciała zaczyna marznąć, jakby skóra stawała się odrębnym bytem. I to wcale nie jest tak, że nadmiar mam na sobie i miast jak gazela pokonywać śnieżną biel, sunę niczym ciężarna niedźwiedzica tuż przed rozwiązaniem. Jeśli ubiorę się lżej może bardziej skocznie zacznę się zachowywać jednak nie będzie to spowodowane pasją do fizycznego urozmaicenia zwykłego chodu, tylko coraz głębszym moim marznięciem. Możliwe, że to jakieś psychiczne podłoże tak kieruje moimi odczuciami, może brak treningu, jednak z ogólnie rozumianą chęcią do fizycznej aktywności niewiele mam wspólnego. Bieg tylko w ramach nie spóźnienia się w umówione miejsce jest dopuszczalny, choć bez szczególnej atencji. Ani krótkie ani długie dystanse nie wchodzą w grę jako potencjalne dyscypliny lubiane przeze mnie. I nie jest to stan w którym odnalazłam się przekraczając pewien wiek, nigdy nie darzyłam biegania jakimkolwiek poziomem lubienia, uwielbienia i umiłowania. Ta forma doskonalenia siebie jest dla mnie po prostu nie do przyjęcia od lat najmłodszych czyli czasów podstawówki, kiedy to jak tylko się dawało migałam się i unikałam dystansów mało i wielometrowych. W sławetne dni sportu rokrocznie organizowane kiedy spędzano nas niczym stado baranów na rzeź – zdaję sobie sprawę, że moje odczucia są subiektywne i krytykancko zabarwione – unikałam wszelkich startów i uczestnictwa. Zdarzało się, jakiś kolega po męsku poświęcając swój wysiłek stanął na starcie zamiast mnie, czym zaskarbił mą dozgonną wczesnonastoletnią wdzięczność. I choć wyniku nie uznano, bo młody dżentelmen do konkurencji dziewcząt pasował jak przysłowiowa pięść do nosa, w pamięci pozostał jak i pozostała niechęć do biegów. Obciążenie nieukochaniem biegania nie pozwala mi ściągnąć w te mroźne dni, żadnej z warstw termalnego przyodziewku, bo marznę, marznę bo nie biegam, nie biegam bo nie lubię. I co najważniejsze chyba nie zmienię tego stanu rzeczy, poczekam na zmianę aury i z wielką ulgą zacznę ściągać kolejne warstwy. Czekam na ciepło....czekam na lepszy czas...


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


ZNÓW DOLINKA
Notatkę dodano:2014-01-24 21:22:55

Stanowczo za szybko kręci się moje koło fortuny. Kołowrotek nie koło. Nie chodzi o materialne sprawy, ale odczuwanie i samopoczucie. Marazm, który mnie ogarnął z typu: „Boże, jak strasznie mi się nie chce...”. Ktoś powiedział, że jak się zna przyczynę to człowiek sobie radzi, ale cóż za przyczyna w takiej normalnej kolei rzeczy, kiedy raz lepiej raz gorzej. Raz by się góry przenosiło, a drugim razem nawet wzroku ku niebu się nie podnosi. Człowiek widzi tylko to, co pod nogami, i to co widzi zdaje się nijakie i nędzne jak wszystko w około. Chciałabym mieć takie samopoczucie jak rok temu. Coś się działo, pewne sprawy, działania, motywacja, i moc, którą mogłam dzielić otoczenie. Jakiś stan euforycznego uniesienia, który trwał jakieś pół roku. I wtedy mogłam krzyczeć, ze śmiechem chwalić każdy dzień i każdą z tych dni chwilę. Rozmyła się ta wspaniałość, i nie wraca w ówczesnej formie. Tamten stan niczym zakochanie, kiedy człowiek nie kroczy tylko nieznacznie muska ziemi, jest tak lekki, jakby nic i nigdy nie miało go złamać. Każdy dzień staje się jak narkotycznie działające słodycze. Już odsuwamy od siebie, już się przejadało i za chwilę ponownie sięgamy i skubiemy. Tak mi tamtych dni było mało. I nie potrafię do tamtego stanu wrócić a tak bardzo bym chciała. Może dane mi było tamto doświadczenie aby mobilizować w te gorsze dni, a może dla wspomnień, czy też jako wskazówka, że tak może być. Powinnam poszukiwać czegoś co będzie ładować siły, uskrzydlać. Tylko co to może być, zachodzę w głowę i nie daję rady odnaleźć. Może udałoby się łatwiej gdybym nie mieszkała w tej zabitej dechami dziurze, gdzie nic się nie dzieje. Ploteczki, kółka adoracji paru mamuś nie pracujących, dla których całym światem są dzieci i wspólna wymiana najświeższych wieści. Drugi rodzaj zgrupowania – starsze panie na rentach i emeryturach, które lubią pożyć życiem innych. Nie ciągnie mnie do żadnego z tych „stowarzyszeń”, nie potrafię się utożsamiać z takim myśleniem ani działaniem. Jestem dzięki temu niedoinformowana, ciągle zaskoczona gwałtownością życia w tej śpiącej miejscowości. Ostatnia się dowiaduję, kto z kim, co na co i komu co. Przeterminowane wiadomości, z siódmej ręki, nie powodują że odczuwam ich brak. Pewnie deficyt mojego zainteresowania życiem lokalnym też jest powodem plotek, jakoś mało mnie to interesuje. Po cóż mi ten rodzaj zajęcia, na co wiedza, która często nijak ma się do prawdy, rozdmuchana do granic niemożliwości. Folklor, może w ramach urozmaicenia czasami na placu zabaw czegoś posłucham, tylko jaką to ma wartość. Funta kłaków nie warte, a bywa krzywdzące i wypaczające rzeczywistość. Teraz zima, plac bezludnością straszy, wieści roznoszą się na inne sposoby. Życie towarzyskie kwitnie w innej formie, przecież świeże wiadomości nie mogą czekać na sczerstwienie, trzeba przekazać dalej, niczym w dawnej zabawie w głuchy telefon. I urastają wieści do gabarytów przeogromnych. Zresztą cóż mi po tym wszystkim skoro zajęta jestem własnymi sprawami, własnymi odczuciami, problemami, i poszukiwaniami antidotum na chandry. Mogę czekać w bezruchu, i pewnie doczekam się zmiany koniunktury, tylko wolałabym wyprzedzić dobre, które do mnie przyjdzie choć o krok i dłużej się cieszyć tym lepszym. A może doczekam się szaleństwa odczuć jak rok temu. Takie małe pragnienie...


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PARĘ RÓŻNYCH NUT
Notatkę dodano:2014-01-23 22:05:27

Podobnie jak ludzi tak i pogody być pewnym nie można. W skrytości ducha wierzyłam w powielenie się zimy sprzed siedmiu lat. Wierzyłam w brak zimy zimą, a pora ta, co najmniej mało stosownie do moich myśli się zachowała i nic sobie nie robiąc z mych nadziei po prostu przyszła. Nie są mrozy siarczyste, nie ma śniegów po kolana. Jednak człowiek przyzwyczajony do ciągłej temperatury na plusie, już dwa, trzy stopnie poniżej zera odczuwa zwielokrotnionym zimnem. Do ciągłego chłodu się przyzwyczajamy, do uciążliwości zbyt grubej powłoki śniegowej, do wszystkiego co często lub dużo, jakoś udaje się przywyknąć. Tak i ja przyzwyczaiłam się do ciepła, a obecne parę stopni poniżej zera mrożą mnie i pomstuję na ten chłód. Siedzę w domu, ze sporadycznymi wyjściami, i czuję się rozlazła, taka rozmemłana wewnętrznie. Mam nadzieję, że otoczenie tego nie zauważa, bo to już byłoby stanem obligującym do wzmożonych działań zapobiegawczych. Wczoraj wybrałam się odwieźć zwolnienie do zakładu, dziś ucieknę na basen. Leń próbuje mną zawładnąć, zimno powstrzymuje, ale postanowiłam się nie poddać i mijając się w drzwiach z mężem jechać tam skąd on właśnie wróci. Potrzebuję tego wyrwania się, zrobienia czegoś dla swojego ciała, co przełoży się też na ducha. Człowiek nauczony w kieracie, praca, dom, racjonowane urlopami dni zapomnienia o obowiązkach, i znienacka codzienność się przeistacza w parę dni bez pracy, niezaplanowanych, i jak w ciemnym, obcym pomieszczeniu gubię się w tej niespodziewanej wolności. Przesyt dzieckiem, nawałnica spraw zaległych, które mają szansę zmienić status z oczekujących na wykonane. Nawet przełamuję się w czynnościach, które dzięki współpracy z resztą rodziny nie należą do moich obowiązków. Mycie naczyń, choć nie moja domena, zawsze odsuwana dla pewnego pana, jakoś teraz da się zrobić samodzielnie. Od pieczenia ciast powstrzymuję się ze wszystkich sił, choć kiedyś bywało tradycją cotygodniową a nawet częstszą. Jednak główny pożeracz znikł z horyzontu, nasze potrzeby mniejsze, to sobie daruję akurat taki sposób zabijania wolnego czasu. Za jakiś czas i tak, będę musiała się sprężyć i jak co roku w urodziny Kleszczyka wyczarować jakiś torcik. Świeczka – cyferka z aktualną liczbą lat, już jest gotowa na umocowanie, jakieś dekoracyjne elementy też schowane są i czekają na wykorzystanie. Ale to za chwilę, nie dziś, nie jutro. Teraz nie mam planów na nadchodzące godziny, choć może nie do końca, bo plany są, ale dzięki młodemu rozmijają się one z wykonaniem. Coś innego staje się ważniejsze, bardziej zajmujące, lub rozpraszające skupienie i nie dające skończyć spraw zaczętych. Do niektórych czynności potrzebuję spokoju, a przy dziecku nie mam możliwości wyłączenia się, koncentrowania się na tym co robię. W czasie kiedy on śpi, lub jest w szkole, a ja wyrwę parę spokojnych godzin staram się nadrabiać, Beethoven po wielokroć z „Sonatą księżycową” nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie, słowa płyną wartkim strumieniem. Mam parę takich utworów, nie tylko z klasyki, które współgrają ze mną, nie drażnią, nie powodują chęci wyciszenia. Stanowią tło, dla moich myśli. Jeślibym zanurzyła się tylko w słuchaniu, nic innego nie robiąc, stałoby się to zapewne dla mnie niesamowitym ładunkiem pewnej pozytywnej energii. Może komuś przyjdzie do głowy wymyślenie odtwarzaczy dla pływających. Są dla biegaczy, może nastąpi czas, że ci co w wodzie zamiast specyficznego plusku będą mogli całkiem się oderwać od rzeczywistości. Zapewne takie rozwiązania nie są całkowitą fikcją i za jakiś czas... lepiej niech się pospieszą, póki jeszcze basen i ja w pewnej komitywie żyjemy. Myślę, że byłoby to niesamowite uczucie, odrealnienie całkowite. Unosząca woda, dźwięki takie na jakie mamy ochotę. Zapomnienie. Przydałoby się czasami zapomnieć o wszystkim.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


SCHEDA PO DZIADKACH
Notatkę dodano:2014-01-22 12:57:00

Mieszkanie pachnie świeżo obranymi pomarańczami. Czasami zabijamy czas jedzeniem, czasami inne sprawki nam ten czas wypełniają. Wczoraj Dzień Babci, dziś Dziadkowie mają swoje święto a ja sobie wczoraj dzień leniwej kobiety zrobiłam. Nie napiszę o sobie dziecko choć tak się utarło określać dzień w którym niewiele się chce, mało się czyni. Choć jeśli określę ten miniony dzień leniwym otrę się o kłamstwo i pewne skrzywienie rzeczywistości. Nie był leniwy, choć w domowych pieleszach, z przerwą na wizytę z Kleszczykiem w przychodni. Domowe sprawy wszystkie załatwione, obiad łącznie z deserem na czas zrobiony. To był dzień kury domowej. Dziś podobnie, jako, że siedzę na zwolnieniu lekarskim do końca tygodnia. Oczywiście nie będę siedzieć bezczynnie i zajmować się tylko pichceniem, sprzątaniem czy też otulaniem młodego. Nie spędzę tego czasu przed telewizorem, nie przeleżę pod ciepłym kocykiem. Mąż wróci z pracy minę się z nim w drzwiach i ucieknę na parę godzin odetchnąć innym powietrzem. Mogę sobie na to pozwolić to wykorzystam.

Wracając do dni babć i dziadków, dobrze, że komuś przyszło do głowy wymyślić takie święta. Skoro można wymyślać dni pocałunków, przytulań, bez samochodów czy papierosów, z dniami czystych biurek lub kotów lub myszek domowych te akurat dni dotyczące naszych dziadków są jak najbardziej uzasadnione. Pamiętam w pewnych szczegółach swoje babcie. Jedna staruszeczka w ciemnych ubraniach z chustką na głowie, taka babcia jak z dawnej fotografii. Babcia Felcia. Nigdy nie zastanawiałam się skąd to imię choć dziwnie brzmiące dla mnie, małej dziewczynki, miękkie, i tylko tej jednej osoby. Nikogo więcej o tym imieniu nie znałam, tak jakby tylko ona je nosiła na całym świecie. Miałam dziesięć lat kiedy zmarła, a jej obraz na trwale wryty w mojej pamięci. Nie często się widywałyśmy z uwagi na odległość nas dzielącą. Wakacje, letnie pobyty, ręcznie tkane narzuty jako prezenty od niej. Jako dziecko nie przywiązywałam do tych darów wagi, bo one takie mało przydatne wtedy się zdawały. Dorosłe prezenty, jakby na zaś, kiedy stanę się dojrzałą kobietą, a babcia już tych darów nie będzie mogła mi sprezentować. I one są, do dziś dnia. Z zabawek bym wyrosła, zapomniała, że kiedyś były, a te ręcznie tkane samodzielnie wymyślanymi wzorami kapy są tak realne i rzeczywiste jakby Babcia ciągle była.

Druga babcia – Zosia, zupełnie inna, młodsza, też daleko, mniej wspomnień zajmuje. Większą gromadką młodszych ode mnie wnuków otoczona na co dzień, ich życiem bardziej zaabsorbowana nas odwiedzających od święta jakby nie bardzo pragnęła. Kurtuazja wizyt, pewien rodzaj zła koniecznego. Może było to spowodowane, że mój tato był dzieckiem z pierwszego małżeństwa, szybko się usamodzielnił, wyjechał. Ona zajęta drugim mężem i gromadką wspólnego potomstwa a później wnukami, w pewnym oderwaniu od pierworodnego syna żyła. Ten rodzaj pewnego chłodnego traktowania my jako wnuczki odczuwałyśmy i mniej akceptowane mniejsze chęci do przyjazdów do tej babci.

Dziadkowie ci z których moja krew się wywodzi tylko z pożółkłych fotografii znani. Imiona przypisane do zdjęć, do przekazów słownych. Jednak to, że ich nie pamiętam nie znaczy, że nie zasługują na swoje święto, na dzień w którym się o nich pomyśli, może zaduma nad minionym życiem. Nad życiem swoim i nad tym, jaką babcią będę ja, jakim dziadkiem będzie mój mąż. Pewnie nie za szybko się o tym przekonam, co nie znaczy że sama z siebie się do tej funkcji spieszę. Starszy syn dokonał pewnego rodzaju przekreślenia mojej osoby, jego wybór. Miał okazję poznać swoją babcię i dziadka, swojemu dziecku to zabiera. Może kiedyś przyjdzie czas opamiętania, tylko czy wtedy nie zachowam się wobec jego dzieci jak babcia Zosia wobec mnie? Może niektóre doświadczenia przechodzą w pewniej niezmienionej formie na kolejne pokolenia, jakieś rodzinne obciążenie, spadek po dziadkach?


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


PAMIĘTLIWA
Notatkę dodano:2014-01-20 22:35:34

Poniedziałek prawie minął, Kleszczyk rozwojowo choruje. Dziś posiłkowałam się pomocą babci, jutro wolne i wizyta u lekarza. Bez skrupułów wybiorę się na zwolnienie lekarskie. W pracy uprzedzeni o takiej możliwości, dałam czas na reakcję w grafikowych przesunięciach. Wiem jak może komplikować pracę nie pojawienie się w niej pracownika. W miarę możliwości wykluczam takie zachowania ze swojej strony. Nie zawsze takie proste ułatwienie w postaci uprzedzenia jest możliwe, ale też nie każdy mając przed sobą perspektywę nieobecności o niej informuje. Ludzkie podejście w zwyczajnych sprawach bywa przeróżne. Rób tak jak sam chciałbyś aby wobec ciebie robili. Od wielu lat trzymam się tej prostej zasady, staram się być w porządku, w zgodzie z dziwnym tworem o nazwie „sumienie”. Nie często daję mu możliwość głośnego w wyobrażeniach „veto”. Nie ma powodu na sprzeciwy, co wcale nie jest oznaką mojej świętości bo zupełnie nie mam zamiaru się gloryfikować ani stawiać na jakimś piedestale nieomylności i braku wad. Jednak moje ludzkie „nie rób drugiemu co tobie nie miłe” jest wystarczającym powodem do zaniechania niektórych poczynań. I może dlatego w dwójnasób odczuwam jeśli ktoś uczyni wbrew tej zasadzie i mojej osobie. Czasami są to sprawy błahe, drobiazgi, które jednak sprawiają, że moje postrzeganie osoby czyniącej „to co mi niemiłe” stają się wyostrzone, odsuwam się od takiej osoby. Nie pragnę posiadać w kręgu swoich znajomych, lepiej niech jej nie będzie, niech robi w taki sposób gdzieś indziej, nie wobec mnie. Ostatnio coś takiego skwasiło moje odbieranie pewnej osoby, drobiazg, może powinnam udawać, że nie dostrzegam, przyznać się do swojego niepopełnionego błędu, machnąć ręką, przybrać pozę sklerotyka. A nie potrafię, coś co jest jasne, jest takie w moich oczach, co czernią obleczone takie też pozostanie. Pamięć choć płata figle, tworząc luki, mogę określić przymiotnikiem powyżej dobrej, czasami za dobrej, w każdym razie dającej pewien dosyć szeroki obraz tego co było i co jest. Czasami za dobra pamięć staje się pewnym przekleństwem, człowiek chciałby zapomnieć, wymazać, a jakoś wyryte pewne sprawy nie dają szansy na zapomnienie o ich istnieniu. Może ta przypadłość nie każdemu dana, nie każdy z jej powodu cierpi. Ja czasami, niektórych przypadków wolałabym nie pamiętać, niektóre sytuacje lepiej, jak zostałyby gdzieś w otchłani niepamięci głęboko schowane. Cóż nie potrafię i widzę kogoś, łańcuszek zaszłości się przez półkule przesuwa, tworzy się pewien obraz, coś z czymś się łączy, jakaś łatka komuś przyklejona. I może zdarzyć się tak, że dany osobnik zupełnie tych moich faktów nie kojarzy, a ja wiem, że były, miały miejsce. Natłok pamiętanych sytuacji, osób, drobiazgów i zaskakuję czasami postronnych tą pamięcią, jej pewną dozą nieomylności. A bywa, coś tak dosadnie szczegółowego aż moją niewiarę stwarza, sama się zaczynam zastanawiać czy na pewno powinnam ufać tak bezgranicznie. Przecież może zdarzyć się że pełna przekonania o nieomylności jednak wykiwana przez pamięć zostanę. Legnie w gruzach dużo z mojej rzeczywistości tej byłej i tej obecnej. Może jednak z dwóch możliwości wybiorę tę frapującą mocną stronę pamiętania. Tak jest kolorowiej, inaczej, pełniej, choć pewnie tej pełni niepamiętający nie odczuwają ich całość odczuć mniejszy zakres obejmuje, i to wystarcza, i nie stwarza pozorów luk. Z mojej wielkiej płaszczyzny pamiętania gdzieś zniknie maleńki supełek a ja mam dylemat, wielką zagadkę, bo przecież był, pamiętałam, i znikł ten drobiazg i to staje się ciągle powracającą niewiadomą, która tak długo mnie męczy, aż w końcu odnaleziona daje ulgę i pewną radość, że jednak miałam rację, bo prawdziwie był kiedyś w określonym miejscu, tylko na moment zmienił pozycję.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


NIE MAM ŹLE...
Notatkę dodano:2014-01-19 21:22:08

Parę godzin w życiorysie wyglądających inaczej, gdzie indziej spędzonych, pewien schemat który powiela się z pewną częstotliwością. Konieczność, alternatywą, pewien rodzaj wyjścia. Nie każda sprawa jest tak bardzo łatwa do obejścia, czasami wymagają od nas życiowe opresje innych rozwiązań. Dwa dni mojej nieobecności i choć niewiele na to wskazywało, coś się przeinaczyło, trzeba szukać sposobów na gładsze przeżycie nadchodzących paru dni. Kleszczyk coś podłapał, już w piątek widziałam w jego zachowaniu pewne symptomy rodzącej się choroby. Weekend prawie przeszedł, nic się nie rozwinęło, niedziela całkowicie normalna, bez anomalii. Mierzymy temperaturę, norma na całkiem przyzwoitym poziomie, a za dwie godziny dzieciak trzęsie się, a temperatura dochodzi do czterdziestu stopni. Nie wiadomo ani co, ani skąd, ot po prostu jak to u dzieci. I znowu jakieś łatanie, rozwiązania jedyne z możliwych. Bycie rodzicem to walka pełna niespodzianek. Czasami wydaje się gładziutko wszystko się toczy, nic nie dzieje, niczego się w tej normalności nie spodziewamy, a to tylko pozory, które za chwilę przybierają inny obrót, całkiem odmieniają wszystko wokół. Trzeba naprostowywać, i choćby się nie chciało jedynym rozwiązaniem staje się zwolnienie lekarskie. Choroba dziecka niewiele się różni od wypadku, niespodziewana jest, zaskakująca i zawsze moment w którym się objawi jest złym momentem. Choroba dziecka przesłania sobą wszystkie inne sprawy. Staje się jedynym i najważniejszym problemem do rozwiązania. Inne sprawy stają się podporządkowywać, tej jednej. Ja nie mam powodu do narzekania bo Kleszczyk nie jest chronicznie chorującym osobnikiem. Choć nawet głupie przeziębienie przy pracujących rodzicach, jednej babci w innej miejscowości, staje się wyzwaniem dla operatywności i umiejętności organizacyjnych. Jakoś się połata, jakoś poukłada i kręci się życiowy kołowrotek. Jednak są mamy, które budzą mój podziw, w moich oczach stoją na piedestale macierzyństwa. Mamy dzieci urodzonych z wadami rozwojowymi. Ich heroizm, poświęcenie, stawianie wszystkiego i podporządkowanie dla chorego dziecka. I nie skarżą się te mamy na to ile znoszą, jak wiele im los darował trosk i problemów. Przyjmują wszystko z godną pochwały cierpliwością, znosząc wiele aby pomóc swojemu dziecku. Nie odwracają się od kłopotów, szukają wyjść, pukają o pomoc. I natrafiają na zamknięte drzwi, na nieczułość, na zimno kalkulację, ekonomię i często zostają same a jednak nie poddają się. Walczą tak mocno na ile mogą. Każdy sukces okupiony ciężką pracą, miesiącami bez efektów, żmudną i monotonną działalnością, która wymaga wysiłku większego niż wyczynowe uprawianie sportu. Tak bardzo czeka się na najmniejszy znak, że następuje poprawa, że wracają do normalności funkcje, które głębokim snem uśpione nie dawały żadnego znaku. I te mamy z codzienną pokorą przyjmują kolejny ciężki dzień i choć niejednokrotnie zapominają, że przecież one też mają prawo do swojego życia, to wiedzą, że najważniejsze dla nich jest ich dziecko, a one same jakby nieistotne i zupełnie nie ważne. Warto dostrzegać takie mamy, takie dzieci i widzieć, że nasze małe choroby to jak błogosławieństwo, nie porównywalne do prawdziwie dużych problemów i trosk. Parę dni, załatam, i zapomnę o niemocy, tamte mamy nie mają szansy na zapomnienie, ich codzienność nie daje zapomnienia.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 163641
Osób: 146096