Tak dobrze, że aż źle
spotkania z Jolantą Kwiatkowską

logo

Jesienny koktajl, odc. 6
Notatkę dodano:2010-07-16 14:44:18

 

jesiennyW taksówce dziewczyny zastanawiały się, w której restauracji zamówiłam stoliki. Z mojej miny i tak nie mogły się niczego domyśleć. 

 

Uzgodniłam wszystko wcześniej. Podając wiek i płeć zaproszonych gości. Osoba prowadząca imprezę miała czuwać, by wszyscy dobrze się bawili. Wysiedliśmy przy Centrum Rozrywki Rodzinnej. Salka była zamówiona. Balony, czapeczki, kredki do makijażu twarzy. Stół zastawiony. Wino musujące Piccolo, cola, soki, chipsy Lays i Cheetos, miśki żelowe, M&M-ki. Do zamówienia hot dogi, pizza, według indywidualnego uznania.

 

Hulapark, ścianka wspinaczkowa, kręgle, bilard i automaty do dyspozycji – o czym ogłupiałych gości poinformowała osoba, mająca czuwać nad tym, by wszyscy się dobrze bawili. Usiedliśmy. Po chwili przywitała nas wróżka, która zaczarowuje dzieci tak, by wkroczyły w świat bajki. Polał się szampan. Z trudem łykany przez chłopców i dziewczynki. Nie zawiodłam się na wnuku. 

 

– Ale jazz. Babciu, automaty też stawiasz? A ściankę? – już przebierał nogami, nie wiedząc, czy najpierw zjeść, czy od razu ruszyć do czekających atrakcji.

 

– Już rozumiem – przypomniała sobie Miśka, puszczając do mnie oko – dlaczego się przeraziłaś, kiedy powiedziałam „kinderbal”.

 

– Moi kochani. Na razie niech wam wystarczy, że zdecydowałam się na świadomy krok w wiek podeszły. To wiąże się ze zmianą osobowości. Wszystko wytłumaczę później, przy herbatce i ciasteczkach, w domu. Teraz już wiecie, dziewczyny, dlaczego miałyście być w spodniach. Nie patrzcie tak na mnie, ja, tu w siatce, też mam. Wyjęłam leginsy i podkoszulek.

 

- Zaraz wracam. Nie bójcie się, nie zwariowałam – dodałam, widząc ich miny.

 

Kiedy wróciłam, atmosfera już była rozluźniona. Jędruś i Miśka mieli odjazdowe makijaże. Nawet Ula i Anka dały sobie coś namazać na policzkach. Chłopcy skapcaniali. No cóż, oprócz nas nie mieli na kim oka zawiesić. Najstarsza z dziewczyn miała około dwunastu lat. Wszyscy coś jedli. 

 

– Jubilatko – podszedł do mnie młody mężczyzna – zapraszam do wspinaczki.

 

Tak byliśmy umówieni. Powiedział, że przy mojej wadze pięćdziesięciu dwóch kilogramów nie ma problemu. Mogę próbować się powspinać. On pomoże, by się udało.

 

– Babciu, ja z tobą – Jędrek już zrywał się od stolika.

 

Patrzyli na mnie z przerażeniem. Cholera, pomyślałam. Akurat dziś, od samego rana dawał mi się we znaki mój haluks. Muszę wybrnąć z twarzą.

 

– Może później. Jeszcze nic nie zjadłam. Jestem bardzo głodna. Ty, Jędrek, biegnij. Gdy wrócisz, idziemy na kręgle. 

Uff. Potem powiem, że się przejadłam. Trudno. Za bardzo boli. Nie dam rady. Następne trzy godziny upłynęły nam bardzo przyjemnie. Chłopcy bawili się świetnie przy automatach. My szczerze uśmiałyśmy się, grając w kręgle...

 


Komentuj(3)

-------------------------------------------------------------------


Książka jak dobre wino
Notatkę dodano:2010-07-14 13:44:51

dobrzeCzasami (nie za często i nie zbyt rzadko, wydaje się, że - w sam raz) ludzie piszą o książkach Jolanty Kwiatkowskiej. Szczególnie miły i ciekawy jest chyba głos Michała, który o najnowszej książce, "Tak dobrze, że aż źle", na forum Gaider.net napisał tak: 

 

Długość wina, to czas, przez jaki smak pozostaje w ustach. Zazwyczaj im wino lepsze, tym jego „długość” jest większa. Tak samo jest z dobrą książką. Im dłużej zostaje w pamięci, im bardziej zmusza do refleksji nad sobą i otoczeniem, tym wyższa należy się jej nota. A powieść Jolanty Kwiatkowskiej to nie tylko opowiastka o młodych ludziach, którzy tak bardzo starają się zrobić sobie w życiu dobrze, że aż jest im źle. Znajdziemy bardzo dużo ważnych i niezmiennie aktualnych tematów: brak zrozumienia między pokoleniami, nietolerancja dla odmienności (od seksualnej po narodową), szukanie balansu między pracą i prywatnością, czy też istota prawdziwych wartości, jak rodzina, miłość, przyjaźń. Najważniejsze jednak jest to, że nie zostaniemy przytłoczeni niepotrzebnym tonem moralizatorskim lub zdroworozsądkową pseudofilozofią. Wszystko pokazane jakby trochę z dystansu, z pozycji obserwatora, choć dotyka bezpośrednio bohaterów. W tym przypadku jest to zaleta. Ważne sprawy nie rozpychają się łokciami powodując bolesne siniaki, ale nie zostają niezauważone i drążą sobie kanaliki, niejako przy okazji. 

 

Aby przeczytać cały tekst, wystarczy, że KLIKNIECIE TUTAJ!

Przyjemnej lektury - i książki, i recenzji!


Komentuj(2)

-------------------------------------------------------------------


Jesienny koktajl, odc. 5
Notatkę dodano:2010-07-13 13:15:26

koktajlDziewczyny przyszły w spodniach. Tak jak prosiłam. Co prawda, widząc mnie w kiecce, nie bardzo rozumiały, dlaczego. Przyjęły jednak moje wyjaśnienie, że to mój dzień i ja mam się czuć kobieco. Ula, Miśka, Ania – moja młodsza starsza siostra, która nie słyszy zapewnień, że jest w wieku podeszłym. Nie jest babcią ani emerytką. Najwyżej mamą i ciocią. Moje określenie jej „cioteczna babcia” uznaje za neologizm. Wymyślasz tylko po to, by wyrazić swój stan emocjonalny – mówi. – Mój zostaw mnie. Nie obchodzi urodzin. Nigdy nie obchodziła. Nie ma tego w dnia w kalendarzu. Urodziła się. Ona o tym wie. Inni też. I to wystarczająca informacja. Nikt nie ma sklerozy, więc nie trzeba przypominać. Można tak, a można tak. Ja obchodziłam. Uroczyście, szczególnie każdą okrągłą rocznicę. Mam tyle lat, na ile wyglądam, powtarzałam. Dziś, oni jeszcze o tym nie wiedzą, wyprawiam swoje ostatnie urodziny.

 

I to nie z oszczędności. Z przezorności. Niedawno, wyjmując rzęsę z oka, musiałam to zrobić w super powiększającym lusterku. Dłubiąc w oku, nie udało mi się nie spojrzeć na okolice oczu, nosa i ust. Szybko zajęłam się wyłącznie usuwaniem rzęsy i odstawiłam lusterko do szafki. Głęboko. Po co ma stać na wierzchu? Ostatecznie rzęsa wpada do oka bardzo rzadko. Usłyszałam dzwonek alarmowy.

 

Przypomniał mi się dowcip, który kiedyś bardzo mnie bawił.

– Pani hrabino – zapytał hrabia, uznając, że jest to pytanie dozwolone w zażyłej znajomości. – Ile naprawdę ma pani lat? 

– Ależ hrabio – odparła oburzona – takie pytanie do kobiety. Oczywiście tyle, na ile wyglądam. – Uśmiechnęła się kokieteryjnie do hrabiego.

– Hrabino – zawołał hrabia z przerażeniem w głosie – aż tylu chyba pani mieć nie może.

 

Beznadziejny kawał. Na wszelki wypadek nie będę już mówić: mam tyle, na ile wyglądam. W zależności od sytuacji, płci, wieku pytającego i oceny spojrzenia będę odpowiadać: stuknęła mi sześćdziesiątka albo (trudno) – jestem po sześćdziesiątce. Jedyny sposób, by delektować się odpowiedzią, to usłyszeć: żartuje pani, to niemożliwe.

 

Chłopcy: szwagier Wojtek, wnuk Jędruś i mój aktualny przyjaciel. I tak o jedną babę więcej. Muszę to przemyśleć. Po sześćdziesiątym roku życia na stu mężczyzn przypadają sto czterdzieści trzy kobiety. Czas się zastanowić, ale zostawmy to na później. Teraz przyjęcie urodzinowe. Wszyscy przyszli prawie punktualnie. Z kwiatami. Prezentami. Ucieszyłam się bardzo z komputera. Szwagier wiedział, co robi. Otworzył mi jeszcze jedno okno na świat. I nie zamierzam prosić o pomoc w obsłudze. Zapiszę się na kurs. Do tej pory to nie miało sensu. Prawo jazdy mam. Samochodu nie. I co mi z prawa? Od Uli super kremy na dzień, pod oczy i na noc – to odpowiednia przystawka do wymyślonego przeze mnie jesiennego koktajlu.

 

Od Miśki dostałam korale i bransoletkę. Swój prezent okrasiła słowami: „Babciu, to teraz na topie”. I znów poczułam się o parę lat młodsza. Przecież w wieku podeszłym nie nosi się najmodniejszej biżuterii. Natomiast mój przyjaciel zdrowo przesadził. Czym te chłopy myślą? Często, niestety, portfelem. Wtedy, gdy ani nie ten czas, ani nie ta okazja. Przyniósł perfumy znakomitej marki – Chanel Nr 5 (w tym wieku chłop tylko takie kojarzy) – no i chwała mu za gest. Do tego przepiękne, metrowe róże. Polał je już na wstępie obornikiem. Bojąc się widocznie, że mogę mieć trudności z liczeniem, powiedział: „Równiutko sześćdziesiąt”. I jeszcze, jakby za mało śmierdziały, dodał: „Możesz sprawdzić”. Nie widziałam takiej potrzeby. Poprosiłam Ulę, by się nimi zajęła. Widząc jej zachwyconą minę, uprzedziłam: „Tylko ostrożnie. Mają też duże kolce”. 

 

Życzenia, całusy, uściski. Szwagrowi zleciłam otwarcie, koniecznie wystrzałowo, szampana. Wiedziałam, choć oni jeszcze nie, że mam już prawo do nieprzestrzegania zasad elegancji. Sama zajęłam się szukaniem odpowiednich wazonów. Dziewczyny łaziły, szperając po szafkach, gdzie jest schowane urodzinowe mniam-mniam. Wnuk wyraźnie rozczarowany.

– Babciu, czy do jedzenia będą tylko te ciasteczka, które stoją na stole?

– Babusiu Alusiu – wdzięczyła się Miśka – nie mów, że nas nie nakarmisz.

– Słuchajcie – krzyczała z kuchni Ula – piekarnik też pusty.

– Poczekajcie głodomory jeszcze piętnaście minut – uspokajałam zawiedzione brzuszki gości.

– Już wiem. Ala się zbuntowała. Nie pitrasiła tym razem niczego. Zamówiła catering – olśniło Anię.

Spojrzałam na zegarek. Taksówki powinny już być.

– Kochane, bierzcie torebki, żakiety. Panowie komórki z powrotem do kieszeni. Wychodzimy na bal.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Banalny powód szczęścia
Notatkę dodano:2010-07-10 12:16:07

Gdy byłam dziewczynką chciałam być chłopcem. Gdy byłam bardzo młodą kobietą w zależności od sytuacji, raz cieszyłam się , że jestem płcia żeńska, innym razem (jak dać w ryja olbrzymiemu wieprzowi?) żałowałam, że nie jestem napakowanym gladiatorem. Dziś jestem szczęśliwa, że nie jestem mężczyzną z bardzo prostego powodu. Nikt ode mnie nie wymaga, tego co od dawna wiadome. Zrozumieć kobietę.    


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Jesienny koktajl, odc. 4
Notatkę dodano:2010-07-08 21:24:38

koktajlDziś skończyłam sześćdziesiąt lat. Według definicji WHO – starość fizjologiczna. Sześćdziesiątka, siedemdziesiątka to wiek podeszły. O nie. Ja nie zamierzam dać się podejść. Tym bardziej wejść w wiek starczy. Bardziej odpowiada mi podział wieku kobiet na: niemowlę, dziewczynka, dziewczyna, bardzo, bardzo młoda kobieta, bardzo młoda kobieta i młoda kobieta.

 

Punkt 1.

Przy tym zamierzam pozostać. Poczytałam sobie na temat psychogeriatrii. To dział psychiatrii zajmujący się leczeniem ludzi w wieku podeszłym. Diagnostyka i leczenie zaburzeń wieku podeszłego, w tym zespołów otępiennych i zespołów zaburzeń świadomości – wypisane tam są jak byk.

 

Zdiagnozowałam się sama. Otępienia nie zauważyłam. Chyba że świadome. Dobrym koniaczkiem. Przy nastrojowej muzyczce i świecach. Z silnikiem dwusuwowym. Może to już i antyk. Nie zawsze wywołuje okrzyki: Och! Ach! Ja też stałam się mniej ekspresyjna. 

 

Za to naoliwiony pracuje wspaniale. Równo, nie śpiesząc się, metodycznie, bez większych wstrząsów, raptownych hamowań i podskoków – bezpiecznie i skutecznie dowozi do celu. 

 

Zaburzenia świadomości – jak najbardziej, tak. Te właśnie zamierzam wykorzystać, by rozpocząć najcudowniejszy okres w moim życiu.

 

Punkt 2.

Świadome inscenizowanie własnej sztuki pod tytułem Jesień – najcudowniejszy etap życia. 

 

Urodziłam się pierwszego kwietnia. W prima aprilis. To zobowiązuje. Dzień dowcipów, celowego wprowadzania w błąd, konkurowania w próbach sprawienia, by inni uwierzyli w coś nieprawdziwego. Tego dnia w wielu mediach pojawiają się różne żartobliwe informacje. Ja jako primaaprilisowa nadaję sobie prawo rozciągnięcia tego dnia na cały rok.

 

Punkt 3.

Prima aprilis codziennie. 

 

Chrześcijaństwo wiąże prima aprilis z Judaszem Iskariotą. Miał się on urodzić właśnie pierwszego kwietnia i dlatego dzień ów kojarzył się z kłamstwem, obłudą, fałszem i nieprawdą. Ta interpretacja zupełnie mi nie odpowiada. Zamierzam mówić samą prawdę i tylko prawdę. Być szczerą bez cienia obłudy.

 

Grecy wiążą historię tego dnia z mitem o Demeter i Persefonie. Persefona została ponoć porwana do Hadesu na początku kwietnia. Demeter, szukając córki, kierowała się echem jej głosu, ale to ją zwiodło. Mnie moje echo nie zwiedzie ani nie zawiedzie. Sama je będę wywoływać, wiedząc gdzie, kiedy i w jakich okolicznościach. Bardzo jestem ciekawa min pijących zdrowie (szanownej) jubilatki. Zaskoczy ich nie tylko kiecka, która na tę okazję już dawno wisi w szafie...


Komentuj(3)

-------------------------------------------------------------------


Jesienny koktajl, odc. 3
Notatkę dodano:2010-07-07 13:49:54

koktajl– Dlaczego zostawiasz otwarte drzwi? – Miśka, wchodząc, zamknęła zasuwę. – Babciu, mnie przestrzegasz, a sama robisz co innego – od wejścia mnie beształa.

– Otworzyłam, słysząc twoje kroki. Łupiesz tymi obcasami, że aż dudni na klatce – odcięłam się.

– Dziś tylko jeden tulipanik – powiedziała, wręczając kwiatek i całując mnie w policzek. – W niedzielę robisz kinderbal, wtedy kwiaty i prezent – dodała.

– Dlaczego kinder? – zapytałam zaniepokojona.

– Zażartowałam. Nie gniewasz się chyba?

– Oczywiście, że nie. Wiesz, że żarty to ja lubię – ucałowałam ją i dodałam – umyj ręce, robisz ciasto. Ja obiorę jabłka. Spójrz na zegarek.

Mieszała jajko z mąką, dolewając mleko i co chwilę pytając:

– Już? Już? Taka powinna być konsystencja?

– Wkrój jabłuszka. Wymieszaj. Ja wlewam olej, ty patrz ile. Olej musi być nie za zimny i nie za gorący.

– No tak. Skąd mam to wiedzieć? Termometr włożyć czy palec? – zaśmiała się.

– Przewróć na drugą stronę. Gotowe. Połóż na chwilę na ręczniku papierowym. Leży obok. Trochę tłuszczu wsiąknie. Ja robię herbatę. 

Po dwudziestu minutach jadłyśmy pyszne, gorące jabłka w cieście.

– Babciu, mów dokładnie, ja piszę – za miesiąc już nie będę pamiętać. Tylko łopatologicznie. Żadne tam „właściwa konsystencja i odpowiednia temperatura” – dodała, puszczając oczko.

– Masz – podałam jej zeszyt, który podpisałam: Łopatologiczne przepisy babusi Alusi. – Jest w przepisach mojej babci. Zapisuj, dopytuj, będzie ze szczególikami.

– Babciu, jajka zawsze mam, tak jak mówiłaś. Mąkę też. Wykorzystam, nie tylko dla siebie. Czasami zrobię do piwa, kiedy będę potrzebowała małą przekąskę. Żeby nie były ciągle paluszki i krakersiki. Lub coś gotowego z garmażerki. Błysnę – zapisywała wszystko dokładnie.

Mówiła, że jej obecne szczęście robi wspaniałą jajecznicę. Lepszą od mojej. Bardzo mnie to ucieszyło. Musiała być wspaniała. Szczypta faceta podającego gorącą jajecznicę z pieczywem i kawką w niedzielny poranek – potrafi czynić cuda kulinarne. Szczypta babci, nawet podającej na tacy do łóżka – nie ma szans na przebicie tej najwspanialszej przyprawy świata.

 

Wnusia poszła. Zamykając drzwi (stała, czekając, czy na pewno przekręcę klucz), odetchnęłam z ulgą. Kiedy powiedziała o kinderbalu, aż zamarłam. Skąd by wiedziała? Skoro ona, to i Ula, moja córka. I Jędrek, mój wnuk. Całą niespodziankę szlag by trafił. 

 

Pięć lat temu nie zdawałam sobie zupełnie sprawy z tego, że wkroczyłam w okres starości socjoekonomicznej. Liczy się od przejścia na emeryturę. Zaszczytny status emerytki to jednocześnie czas na zasłużony odpoczynek. Na odpoczynek na pewno zasłużyłam. Absolutnie nie godzę się na wkroczenie w okres starości. Niejedna dwudziestoparolatka mogłaby mi pozazdrościć kondycji, energii, zwariowanych pomysłów na ciekawie spędzany czas. Gram w ping-ponga, w siatkówkę, w badmintona. Z czynnych sportów uprawiam te gimnastykujące umysł: brydż, krzyżówki, puzzle, nie mówiąc o pomocy wnukom z chemii, matematyki czy polskiego. Gorzej z historią i geografią. Uwielbiam tańczyć. Mało? Bez przesady!


Komentuj(3)

-------------------------------------------------------------------


Wyborcze nie myślenie
Notatkę dodano:2010-07-06 11:50:29

Wybór - to możliwość wybrania.

Mozliwość - to wykształciuchowa ewentualność lub zwykła okazja.

Okazja - to fart.

Fart - to mój pan K, któremu swój głos (i nie tylko) oddałam parenascie lat temu (z watem).

Pytanie w dniu wyborów: "Czy mam wybór?" było oczywiście pytaniem retorycznym.

Wybrałam pana K.

 


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


Jesienny koktajl, odc. 2
Notatkę dodano:2010-07-05 20:28:15

– Halo! Halo! – odłożyłam słuchawkę. Szum. Gwar. Nic nie słyszałam. Ciekawe, kto? Ula już dzwoniła, z samego rana, z życzeniami urodzinowymi dla mamy. Pewnie któraś z koleżanek. 

 

Od przelotnej przygody z aerobikiem minęło pięć lat. Znów się zaczęłam garbić. Siedzę i dumam przy mojej ulubionej kawie. Łyżeczkę kawy instant lub rozpuszczalnej zalewam gorącą wodą (nie wrzątkiem), odczekuję mniej więcej trzy do pięciu minut. W tym czasie ucieram jedno żółtko z jedną płaską łyżeczką cukru (chyba że mam dołek psychiczny – wtedy z czubatą) na puszysty kogel-mogel. Kawę wlewam strumyczkiem do kogla-mogla, mieszając. Oczywiście mieszając utarte jajko, a nie wlewaną kawę. Na wierzch odrobina cynamonu. Pychota.

 

– Halo. Tak. Ledwo cię słyszę! – krzyczałam, jak zwykle uznając, że jak ja nie słyszę, to ona na pewno też nie. 

– Wpadnę za pół godziny na pół godzinki. Nie szykuj nic do jedzenia, jestem po obiedzie – powiadomiła moja Misia.

– A jabłek w cieście nie zjesz? – zapytałam, bo wiem, że bardzo je lubi.

– Zjem. Nie rób. Poczekaj na mnie. Muszę się wreszcie nauczyć. Ty robisz je w piętnaście minut, to ja też chcę. Dwa dni temu taką miałam ochotę, nawet chciałam dzwonić. Wolę się wprawiać pod twoim okiem, to łatwiej niż z przepisu. Dobrze? Narka – nie czekając na moją odpowiedź, rozłączyła rozmowę.

 

Misia często dzwoni. Czasami wpada na pół godzinki. Przeważnie, gdy akurat obok przejeżdża i jest jej po drodze. Na dwie, trzy godziny – kiedy chce porozmawiać. Co u niej, co u mnie. Zapytać, poradzić się czy nauczyć upitrasić małe co nieco. Wie, że lubię robić coś z niczego. Szybko, a chcącego samemu wskoczyć do buzi. Choć był pełen brzuszek. Niekiedy przyjeżdża na noc. To wtedy, gdy ma duuużego doła. Za drabinę do wspięcia się w górę, a przynajmniej do poziomu – robię ja.

 

Mam czas na dopicie kawy. Póki gorąca. I na dokończenie swoich przemyśleń. Powracam do wspomnień z jednorazowego udziału w zajęciach gimnastycznych dla seniorów. Dziewczyny były super. Oprócz jednej, która miała podobno pięćdziesiąt osiem lat. To trzeba byłoby sprawdzić. Na moje oko, co najmniej sześćdziesiąt pięć jej stuknęło. Reszta, tak mniej

więcej piętnaście lat więcej. Chłopaki też.

 

Wtedy to był zastrzyk młodości. Ja byłam małolatą. Najlepszy dowód, że chcieli sprawdzić, czy mam uprawnienia. Tu nie akt urodzenia był potrzebny. Trzeba było okazać legitymację emerytalną. 

 

Uniwersytet Trzeciego Wieku. A ja pierwszego kwietnia zdobyłam uprawnienia do bycia kursantką. W dniu swoich pięćdziesiątych piątych urodzin sprawiłam sobie prezent. Odebrałam osobiście legitymację poświadczającą, że mogę kupować ulgowe bilety w kinie i w teatrze. 

– Nie za młoda pani na wcześniejszą emeryturę? – zapytał zdziwiony szczerze urzędnik w ZUS-ie.

Jego słowa i mina podziałały z siłą wodospadu. Od razu wyczyścił mi pięć lat. Poczułam się na pięćdziesiątkę. Było ciepło. Założyłam dżinsy. Biały sweterek w poprzeczne granatowe paski, z dekoltem w szpic, podkreślający figurę. Granatowy, w modnym fasonie żakiecik. Że jest modny stało się dla mnie oczywiste po tym, jak Miśka parę razy pożyczała go, idąc na randki. Całość oceniłam, oddalając się parę kroków od lustra. Umiał facet kompetentnie rozpoznać wiek kobiety. Nie rozumiem, dlaczego tyle się narzeka na niefachowość urzędników. W oczach bab wyglądałam na kobietę po pięćdziesiątce. Dla facetów (oni najpierw lustrują figurę) byłam grubo przed.

 

– Ma pan rację, że za młoda. Dlatego postanowiłam korzystać z życia. Nie warto go marnować na dziesięciogodzinny dzień pracy. Teraz popracuję, ile będę chciała. L ub nie. Nadszedł czas na prawo wyboru – tłumaczyłam z miną, jakby przede mną otwierała się droga do wszystkiego. 

 

Wyszłam, w zasadzie wyfrunęłam na skrzydłach. Po drodze wstąpiłam do butiku. Śliczna szmizjerka w najmodniejszym odcieniu ecri. Fryzjer, stylista. Poprosiłam o zmianę fryzury. Zaproponował mi krótkie strzyżenie. Długość włosów do brody. Wybrał dla mnie ciemny kolor z grubymi pasemkami, w mocno wiśniowym odcieniu. Widząc moją niepewność i wahanie, czy zamiast mnie odmłodzić, nie doda paru lat, przyniósł perukę. Dopiął w odpowiednich miejscach wiśniowe pasma. Zdecydowałam się. Nie żałowałam wydanej forsy. Jeszcze dostałam pensję. Nie emeryturę. Odprawa leży w kopercie. W książce. L ubię mieć pieniądze pod ręką.

 

Świętując jubileusz pięćdziesięciu pięciu lat, jednocześnie wznosiliśmy toasty za nowy etap w moim życiu. I nie wiadomo, kiedy minęło pięć lat. Cudownych lat. Mimo zajmowania się wnukami. Na tyle dużymi, że już mniej absorbującymi. Pomaganie w lekcjach ćwiczyło i mój umysł. Jednocześnie rosłam w ich oczach. Dużo czasu wolnego. Tylko dla mnie. Kino. Teatr. Zachęta. Łazienki. Galerie. Działka letniskowa siostry na Mazurach. Spotkania z pracującymi koleżankami, wiecznie narzekającymi na wszystko. Szczególnie na permanentny brak czasu. Na poranne wstawanie i późne powroty. Ich biadolenia działały na mnie jak dźwięki kojącej muzyki.

 

– Ala, świetnie wyglądasz. Ubyło ci lat. Taka wypoczęta. Wymasowana. Opalona.

 

Nie zaprzeczałam. Mimo że na żadne masaże nie chodziłam. Nie mogłam nie wierzyć koleżankom. To byłoby niegrzeczne z mojej strony. Komplementy zawsze miło się słyszy. Szczególnie od dużo młodszych babek. Nic mnie to nie kosztuje, a napina. 

 

Od panów też. Tych nie unikałam. Wprost przeciwnie. Miło jest, w każdym wieku, być poderwaną. Zaproszoną na kawę. Wspólny obiad. Usłyszeć: „fajna dupencja”. Nawet gdy po zobaczeniu przodu, przyspieszał kroku, udając, że to nie on. Kolacja ze śniadaniem, tylko ze sprawdzonym na tyle, na ile można sprawdzić. I tak często, gdy sama miałam ochotę na pokazanie seksownej bielizny i stosowne do okazji igraszki. Te lata to balsam odmładzający. Tym skuteczniej likwidował wszelkie niedociągnięcia urody, im bardziej słabł mi wzrok.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Moje myślowe bolenie
Notatkę dodano:2010-07-05 11:37:16

Nie tak dawno obiecałam sobie: "Nie myślę. Już nie muszę".

Któregoś, całkiem zwyczajnego dnia, nadzwyczajniej w świecie zapamiętale klikałam w poszukiwaniu zbędnych informacji i usłyszałam klekot jednej z moich podziurawionych przez korniki siedmiu głowowych klepek. Poderwałam się i nie zważając na zdrętwiałą kończynę dolną w podskokach pobiegłam pochwalić się genialnym przebłyskiem myślowym. Ja byłam trzy skoki do przodu, moja kończyna została w miejscu a przebłysk zamienił się w oślepiający ból.

Lekarz uraczył mnie medyczną diagnozą: "Gdyby kózka nie skakała to by nóżki nie złama-ła".Bezsens kompletny, dawno już nie jestem kózką tylko kozą, więc całkowicie błędne rozpoznanie. 

Unieruchomiona z powodu sklerozy płakałam nad sobą: "Zapomniałaś, że obietnic należy dotrzymywać. Zapomniałaś, że nie ładnie się chwalić" - to masz na co zasłużyłaś. I ryczałam jak głupie ciele a nie jak koza. Do momentu gdy nie skojarzyłam: "Super gość ten medyk. Był bez okularów więc dobrze mnie widział". 

I jako jeszcze dla niektórych kózka wyrysowałam sobie duży plus mazakiem na gipsie. 

 

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Jesienny koktajl, odc. 1
Notatkę dodano:2010-07-04 14:16:17

koktajl– Dzień dobry – przywitałam się.

 

Weszłam do małego pokoju. Około dwunastu metrów powierzchni. Dwa stojące wieszaki z drążkami, na których wisiały wieszaki ubraniowe. Kilkanaście składanych plastikowych krzeseł rozstawionych przy ścianach. W środku rozbierały się już uczestniczki zajęć.

 

– Wchodź. Jak masz na imię? – zapytała jedna z obecnych.

– Alicja – odpowiedziałam, z lekka speszona bezpośredniością pytania.

– Słuchajcie, to nowa, Alicja – to do pozostałych. – Wiesz, my tu wszystkie mówimy sobie po imieniu. Bez ceregieli – dodała. – Ja jestem Baśka. Dziewczyny, wykrzykiwać swoje imiona – rzuciła do reszty.

– Teresa.

– Ela.

– Zosia.

 

Każda po kolei mówiła swoje, nie przerywając rozbierania. I tak nie zapamiętam – pomyślałam. Udawałam, że nie widzę lustrujących mnie spojrzeń. Normalne. Przyszła nowa. Sama zdejmując buty, spodnie, starałam się przyjrzeć obecnym. Baśkę łatwo rozpoznać. Prawie sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu. Waga, tak na oko, dziewięćdziesiąt kilogramów. Była w czarnych rajstopach, czarnym podkoszulku i na to wciągała jednoczęściowy, wiśniowy kostium kąpielowy. Na włosach – pod kolor – opaska. Przy drzwiach rozbierała się kruszynka. Nawet nie metr pięćdziesiąt. Waga musza. „Wysuszona, pomarszczona śliweczka” – pomyślałam. Za to Grzesiowi, który pomagał jej rozsupłać sznurowadło, wyraźnie potrzeba było witaminek z grupy

B. A tych dużo jest w wysuszonych śliwkach.

 

– Dziewczęta. Chłopcy. Zaczynamy. Proszę na salę – pośpieszała instruktorka.

 

Gimnastyka z elementami aerobiku. Byłam bardzo ciekawa na czym polegać będą zajęcia. Wyprostować sylwetkę, podnieść brodę do góry i oczywiście wypiąć pierś do przodu, to z pewnością by mi się przydało. O kondycję też należy zadbać. Nie wspomnę, że chodzić na zajęcia to dziś cool. Muzyka z magnetofonu. Ani rytmiczna, ani melodyjna. Jak przy takim podkładzie ćwiczyć? – pomyślałam, ale od razu sama się zbeształam. 

– Poczekaj. Nie krytykuj. Nie bądź na nie. To ma być godzinka potu dla zdrowia. A ty masz ją  traktować jako przyjemność.

– Małolata, mogę przy tobie ćwiczyć. Janek jestem – powiedział i już stał przy mnie, podając mi piłkę.

Miny moich nowych koleżanek nie wyrażały zachwytu. Powinny wiedzieć, że nowa to zawsze wyzwanie.

– Kółeczko na około sali. Drepczemy. Kolanka wyżej. Truchcik. Piłka wysoko nad głową. Teraz piłeczka za bioderka i maszerujemy. Raz. Dwa. Raz. Dwa – głos instruktorki brzmiał rytmicznie, tylko nieco zagłuszany muzyką w zupełnie innym tempie.

 

No cóż. To był właśnie ten element aerobiku. Po półgodzinnym marszu, truchciku i podrzucaniu piłeczek przyszedł czas na przerwę. Instruktorka, oblepiona dziewczynami, słuchała ich komplementów.

– Jakie masz ładne ciało. Jakie nabite mięśnie – wykrzykiwały jedna przez drugą.

– Poczekajcie. Nad tym pracujemy, byście na sylwestra wyglądały pięknie w wydekoltowanych sukniach z gołymi ramionami – uspokajała, przyjmując miłe słowa jako oczy wistość.

– Ala ma dobrą figurę – popatrzyła na mnie. – Trochę pierś do przodu, łopatki ściągnąć i na bal maturalny – zaśmiała się.

– Chyba pomyliłaś grupy wiekowe, dziecko – Tadzio spojrzał na mnie zalotnie.

– Tak. My bardzo przestrzegamy spełnienia warunków przyjścia do nas – dodała wściekła Zosia, nalewając wodę mineralną i podając Tadziowi. – Napij się, Tadziu, spociłeś się i trzeba się nawodnić. Chodź, wytrę ci plecki.

 

To była moja pierwsza i zarazem ostatnia przygoda z gimnastyką z elementami aerobiku. Wracałam młodsza co najmniej o dziesięć lat. Sylwetka wyprostowana. Oczy błyszczące. Uśmiech na twarzy. Wzrok zahaczał o mijanych, co młodszych mężczyzn. Po co idiotko wydałaś tyle forsy na ten krem, co to w osiemdziesięciu na sto przypadków odmładza, napina, spłaszcza, likwiduje – łajałam sama siebie. Dziś za jedną złotówkę masz rok mniej. Bardzo zadowolona wracałam do domu. Więcej tam nie pójdę, bo wrócę do pieluch – postanowiłam. A na pieluchy jeszcze trochę czasu mam.


Komentuj(4)

-------------------------------------------------------------------


Licznik

Odsłon: 1958416
Osób: 1776572

Na Facebooku

Jolanta Kwiatkowska

jkJolanta Kwiatkowska

Urodziłam się jako płeć żeńska.
(tak było napisane kopiowym ołówkiem na opasce).
Dziś jestem kobietą (dla ułatwienia dodajmy, że o wiek tej płci nie wypada pytać).
Nie zdobyłam żadnego szczytu.
Nie odkryłam żadnego lądu.
Wielu innych nadzwyczajnych rzeczy nie zrobiłam.
Odeszli Ci, którzy mnie kochali i których ja kochałam.
Urodzili się Ci, którzy mnie kochają i których ja kocham.
Nauczyłam się cieszyć i doceniać to, co miałam, co mam.
Wciąż czekam z ufnością na to, co mi los przyniesie.
Zawsze lubiłam się uczyć (życia) i nadal się uczę: jak żyć, by nie przegapić chwil szczęśćia, które zsyła nam każdy dzień.

Wyślij wiadomość do autorki

Zostań fanem autorki w wortalu Granice.pl