Bezsensownik

czyli nazywanie rzeczy po imieniu

"Welcome amigo to the land without end!"
Notatkę dodano:2011-03-07 20:26:01

 

4. marca na ekrany kin wszedł wielce obiecujący i wzbudzający spore zainteresowanie film pod niewiele mówiącym tytułem „Rango”. Po dość pobieżnym zapoznaniu się z fabułą i obejrzeniu zwiastunów postanowiłam (wraz ze Sławkiem i przyjaciółmi) zestawić swoje oczekiwania z „filmową rzeczywistością” i wybrałam się do kina.

Film rozpoczyna się dość długim – jak na animację – monologiem głównego bohatera. Kameleon Rango w pierwszych scenach filmu zdaje się odgrywać ważną, pierwszoplanową rolę w ciekawej produkcji, której akcja umiejscowiona została na pustynnej oazie. Widz ma okazję poznać talent aktorski bohatera, swobodę wypowiedzi i umiejętność szybkiej zmiany ról. Plenerowa sielanka kameleona gwałtownie się jednak kończy. Okazuje się bowiem, że plan filmowy, to tak naprawdę nie żaden prawdziwy plan, a jedynie gadzie terrarium, przewożone w dodatku w samochodzie do przeprowadzek. Niesforna i pojawiająca się jak to zwykle bywa – znienacka – dziura w ulicy powoduje wypadnięcie szklanego domku, jego natychmiastowe potłuczenie oraz solidne przerażenie zagubionego i roztrzęsionego Rango. Kameleon zostaje sam na rozległej pustyni Mojave, skazany na własną pomysłowość, szczęście i umiejętność wprowadzenia w życie trudnej sztuki przetrwania.

Jak to jednak w opowieściach z happy endem bywa, główny bohater trafia na szereg mniej lub bardziej przyjaznych stworzeń. Początkowo jest to potrącony przez samochód wiekowy pancernik, opowiadający kameleonowi legendę o Duchu Zachodu. Następnie na drodze Ranga pojawia się przypominająca kamień, egoistyczna żaba, której „uciekaj Mohito!” z pewnością rozbawi widzów. Z czasem Rango spotyka jaszczurkopodobną piękność, która podrzuca naszego bohatera do mieszczącego się na środku pustyni miasteczka. Piach okazuje się być znaną widzom z klasycznych westernów mieściną, w której królują saloony, wahadłowe drzwi, a na głowach wszystkich mężczyzn goszczą skórzane kapelusze.

Szczęśliwym zbiegiem okoliczności Rango jawi się Piaszczanom jako niezwyciężony i nieustraszony bohater, co udaje mu się nawet udowodnić poprzez dość skuteczne wyeliminowanie napadającego na miasto sokoła. Kameleon zostaje nawet podniesiony do rangi szeryfa i wrasta w społeczność Piachu. Nad miastem jednak wisi coś w rodzaju klątwy – z dnia na dzień coraz bardziej ubywa zapasów wody, a szans na nową jej dostawę od wielu już dni właściwie nie ma. Woda w Piachu jest cenniejsza niż złoto czy pieniądze. To ona stanowi podstawową walutę, to ją przechowuje się w bankowym skarbcu. To wreszcie ona pozwala manipulować ludnością – „kto ma wodę, ten ma władzę”, mówią Piaszczanie.

Rango postanawia rozwiązać zagadkę braku wody i aresztować wszystkich odpowiedzialnych za jej niedostatek. Jest jednak także drugie zadanie jakie stawia sobie kameleon. Pomimo chwały i podziwu jaki wzbudza wśród mieszkańców, Rango nie wie kim tak naprawdę jest. Przyjaźnie, które dopiero co zawarł zbudował na wielkim kłamstwie, a czyny które zostały mu przypisane są jedynie jego czczymi mrzonkami. Poszukiwanie własnego „ja”, celu swojej egzystencji staje się punktem zwrotnym w filmie, a odkrycie właściwych pragnień, postanowienie poprawy i odkupienie kłamstw okazuje się być swoistym katharsis bohatera.

„Rango” po głębszym zastanowieniu zdaje się oscylować wokół tragedii antycznej. Choć wiele z przypisywanych temu gatunkowi cech nie jest oczywiście w produkcji spełnionych, to kilka wysuwa się na główny plan. Utwór rozpoczyna się prologiem, czyli wspomnianym wcześniej monologiem głównego bohatera. Nie ma w nim zapowiedzi katastrofy czy czyhającej tragedii, gdyż bohater nie był jej jeszcze świadomy. Gdyby mógł ją przewidzieć – zapewne by o niej wspomniał. Znakomity, dodający smaczku i „ratujący” w wielu momentach produkcję chór czterech sów, tak naprawdę ma za zadanie komentować zastane wydarzenia. Widz zapoznaje się w pieśniach chóru z opiniami dotyczącymi bohaterów oraz opowieściami, które nie zostały uwidocznione na scenie. Punktem kulminacyjnym filmu jest opisane w poprzednim wątku oczyszczenie bohatera, ukazane w sposób podniosły, ale także nie stroniący od ironii i sarkazmu.

Fabuła filmu jest tak naprawdę dziecinnie prosta. Mamy bohaterów dobrych i mamy także tych złych. Jest jeden, dość przewidywalny wątek. Nie znaczy to jednak, że film jest w jakikolwiek sposób i na którejkolwiek płaszczyźnie słaby. Dialogi bohaterów daleko wykraczają poza tradycyjne animacje dla dzieci, przez co dorosły widz może chwilami zacząć zastanawiać się, czy aby słusznie zrobił zabierając brzdąca do kina. Należy także powiedzieć, że bohaterowie „Ranga” w żadnym wypadku nie grzeszą urodą. Mieszkańcy Piachu są wręcz boleśnie prawdziwi – brzydcy, ułomni, ale dzięki temu niezwykle naturalni i – jeśli można tak to ująć – autentyczni.

Tym co na długo zapadnie w pamięć wrażliwego i szczególnie wyczulonego w tej sferze widza jest znakomita muzyka. Hans Zimmer tradycyjnie już po raz kolejny wykonał kawał doskonałej roboty. Olśniewający i powalający chór sów w sombrerach wyśpiewujący znakomite, utrzymane w meksykańskiej atmosferze, zabawne piosenki czy fascynujące zestawienie „Walkirii” Wagnera z „Nad pięknym modrym Dunajem” Straussa okraszone doskonałą kompozycją Zimmera to wspaniała uczta dla ucha.

Nie można w tym miejscu nie wspomnieć o użyczającym głównemu bohaterowi głosu, Johnny’m Deppie. Choć w filmie pojawia się on jedynie w postaci wypowiadanych przez Rango słów, to jego obecność często daje o sobie znać. Nie trudno doszukać się aluzji do kilku filmów, w których główne role przypadły właśnie Deppowi. Mam tu na myśli znakomitą „Arizona dream” czy cieszących się dużą popularnością „Piratów z Karaibów”.

Mówiąc całkowicie szczerze – na „Rango” warto się wybrać. Warto spędzić te blisko dwie godziny z uśmiechem na ustach i szeroko otwartymi z wrażenia oczami, spijając smakowite żarty z pyszczków bohaterów. „Rango” to coś więcej niż animacja. To drodzy amigos, prawdziwy Dziki Zachód!

 

539f69f36e8eee47313f4ba6c5b3318b.jpeg

Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Wiosna w KZKGOP
Notatkę dodano:2011-02-28 15:02:27

W ostatni dzień lutego, czyli już prawie w marcu, w moim mieście zawiało dość porządnie wiosną. Oczywiście bez przesady – żadnych pąków na drzewach nie dostrzegłam, przebiśniegów na pozbawionych trawy trawnikach, ani innych małych kwiatków także nie, jednak bezchmurne, błękitne niebo i dość intensywne promienie słoneczne sprawiły, że w głowie zapaliła mi się lampka o nazwie wiosna. Na zewnątrz termometr pokazuje zaledwie dwie kreski powyżej zera, ale nikłe ślady śniegu zdają się obiecywać koniec zimy.

Żeby niepotrzebnie nie przedłużać meteorologicznych dywagacji, wrócę do spraw (a raczej rozpocznę je w tym wątku) uczelniano-codziennych. To już drugi tydzień zajęć, mój organizm powoli zaczyna przyzwyczajać się do koszmarnych pobudek o godzinie 6:20. Cztery dni z rzędu wstawania o świcie, to zupełna nowość, która przytrafia mi się nie kiedy indziej, jak dopiero na VIII semestrze! 

Spotkała mnie także dzisiaj niewątpliwa i dość rzadka przyjemność wracania do domu pojazdem komunikacji miejskiej. Jako człowiek zupełnie w tej mierze nieobyty, niespecjalnie też po skończonych zajęciach spieszyłam się na odpowiedni przystanek. Kilka chwil zajęło mi oczekiwanie na kolegę z grupy, który dowiadywał się o możliwość przeniesienia wykładu. Później, raczej krokiem emerycko-spacerowym, wędrowałam w kierunku przystanku, zaradnie jednak krocząc po stronie ulicy, gdzie znajdował się kiosk. Odstawszy swoje w dość sporej kolejce i kupiwszy bilet za 1,30 zł, skierowałam się wreszcie w kierunku właściwego przystanku. Kiedy wyłoniłam się zza rogu ulicy zobaczyłam, jakieś sto metrów dalej mój autobus. W pierwszej chwili stwierdziłam, że po co się spieszyć, przecież na mnie poczeka, jednak w kolejnej sekundzie instynkt zachowawczy wziął górę i pospieszyłam do upragnionego autobusu. Z wrażeń – i niedowierzania w szczęście, które mnie spotkało, nie zdążyłam nawet kierowcy podziękować. Ale nie przejmuję się  - mam nadzieję, że czyta tego bloga!

Jeśli chodzi o odliczanie: do ślubu pozostało jeszcze 17 miesięcy.


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


Inżynier do ślubu!
Notatkę dodano:2011-02-24 15:44:18

 

Spoglądając na daty, to od momentu umieszczenia poprzedniej notki na tym blogu niedługo minie rok. Systematyczność dawno już w tym przypadku zawisła na pobliskim drzewie, a reanimacja jej jak nie miała, tak dalej nie ma sensu. Rok to okres czasu, w którym mogą pojawić się pewne zdarzenia, sytuacje, które w dość drastyczny sposób zmieniają dalsze życie. W moim nieskromnym przypadku, aż tak dramatycznych zmian nie było – i mam nadzieję – nie będzie, aczkolwiek kilka ważnych sytuacji miało w ostatnim czasie miejsce.

Tradycyjnie zaczynając, jak to się mówi – od początku – bezczelnie się pochwalę, iż zgodnie z założonymi, 3,5-letnimi planami, dorobiłam się tytułu inżyniera. Formalności i biurokracja nieco przysłoniły glorię tego wydarzenia, jednak rezultaty, wspólne grupowe (analityczne, a jakże!) świętowanie i radosne przyjęcie zorganizowane przez rodzinę – z fantastycznym tortem przyozdobionym zacnym napisem: „Dla naszej inż. Magdy”, sprawiły że 27. stycznia okazał się naprawdę wspaniałym dniem. Odbierając gratulacje z rąk członków Komisji Egzaminacyjnej miało się wrażenie zamknięcia pewnego etapu w życiu. Chociaż zdobyty tytuł to tak naprawdę dopiero półmetek, to już sam fakt jego posiadania, okupiony ciężką, często syzyfową pracą przyniósł niezwykłą ulgę, rozluźnienie i napływ ogromnej fali szczęścia. Nie obyło się bez kilku łez – sama już nie wiem czym powodowanych – radością, wspomnianą już ulgą, że już po wszystkim, że sukces osiągnięty czy po prostu panującym już oficjalnie wśród znajomych z grupy świętująco-żartującym nastrojem. Takie chwile dodają człowiekowi wspaniałego, amerykańsko brzmiącego, niczym nieograniczonego „poweru”. I chociaż gdy „emocje już opadły” jak śpiewa w starym przeboju Grzegorz Markowski i nadeszła fala gigantycznego zmęczenia, to spadający na powieki sen był pierwszym od wielu dni spokojnym, lekkim snem sprawiedliwych.

Kolejnym wydarzeniem, mającym miejsce znacznie wcześniej niż obrona, jednakże z powodów znacznego rozciągnięcia w czasie (tzw. „elastyczności przedsięwzięcia”) było ustalenie daty ślubu i związane z tą wielką sprawą przygotowania. Tych jak wiadomo wszystkim, którzy organizują lub organizowali wesele jest tak dużo, że bez planu działania i zaplecza w postaci solidnej ilości miesięcy na przygotowanie się nie obejdzie. Jak na razie, wszystko układa się znakomicie, większość spraw jest już, jak to się swojsko mówi, „zaklepana”, ale im bliżej W-day, tym większy stres, więcej nieprzespanych nocy, więcej opróżnionych saszetek ze środkami uspokajającymi o czym – o zgrozo! – przekonam się już niebawem. Jak na razie, wielkie odliczanie trwa, dni szybciutko ubywa. Z 655 dni, które pozostały do tego najważniejszego w życiu dnia (wtedy ustaliliśmy datę!), na dzień dzisiejszy jest już 520!

Ze spraw kluczowych, aczkolwiek nie zajmujących mnie w takim stopniu jak ta, opisana w poprzednim akapicie, są te związane z rozpoczęciem studiów magisterskich. Sprawy rekrutacyjne poszły gładko, w związku z czym od poniedziałku rozpoczęłam kolejny etap kształcenia. A wraz z nim wiążą się nowe wyzwania, czyli nowe, zupełnie zaskakujące przedmioty. Oprócz tych z zakresu specjalizacji oraz ogólnych przedmiotów przewidzianych dla studentów Technologii Chemicznej, pojawił się język obcy. Żeby było ciekawiej, postanowiłam poznać podstawy języka między innymi Dostojewskiego, Tołstoja oraz Puszkina. Jak na razie, uczę się dopiero bukw, czyli alfabetu rosyjskiego i nie wiem czy rosyjskie „cześć” na powitanie stosowane jest także podczas pożegnań, niemniej jednak, wykorzystam je i powiem: привет!

 


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Ale o co chodzi?
Notatkę dodano:2010-04-08 21:07:08

Blog jest takim specyficznym narzędziem w moim skromnym arsenale, po które sięgam w sytuacjach kryzysowych. Sesja – najlepszym odstresowywaczem jest blog. Święta – najlepszym miejscem na publikowanie życzeń – nieodmiennie jest blog. Wydarzenia przełomowe (patrz kolejne urodziny autora) – najlepszym zbiornikiem przemyśleń i ogólnie nastrojów w stylu fin de siècle – jest znowu blog. Na pytanie: Dlaczego tak jest oraz czy mogłoby być inaczej, to znaczy: Czy mogę systematycznie umieszczać spójne i ciekawe notki? – odpowiadam niechętnie: „Nie wiem”.

Często dzieje się tak, że człowiek woli „nie wiedzieć”, albo udawać, że „nie wie”, unikając wtedy wiszącej nad nim niczym cień King Konga odpowiedzialności. Osobiście rzadko zdarza mi się „nie wiedzieć” (pomijam grobowym milczeniem pytanie o blog…), zwykle znajduję odpowiedzi na bardzo wiele pytań,  albo staram się sama rozwiązania wymyślić – tu wielki ukłon ku chemii organicznej oraz cudownej i czasochłonnej pracy nad tekstem pod tytułem „Preparat literaturowy” dotyczącym skromnego i jakże lakonicznie brzmiącego 4-(oksirano-2-metoksy)benzonitrylu.

Jednak „niewiedzenie” (nie mylić z „nawiedzeniem”) jest moim zdaniem nie tyle stanem umysłu, co świadomym wyborem człowieka. To coś w stylu: ja jestem szczęśliwy, a ty „nie wiesz”. Aby poprzeć swoje rozważania, przytoczę przykład i to z własnego doświadczenia. Zajęcia laboratoryjne z zakresu technologii chemicznej – procesów. Wraz z koleżanką przydzielono nam otrzymywanie polimetakrylanu metylu (polimer, służący do produkcji sztucznych szczęk, ale to przecież wiecie). Zanim do zadania przystąpiłyśmy, rozpoczęłyśmy składanie zestawu do syntezy. Nauczone wielogodzinnym doświadczeniem z preparatyki organicznej, aby każdy szklany element, zwłaszcza szlifowany umieszczony był precyzyjnie i szczelnie, bez wahania, za namową koleżanki oderwałam pokrywającą jeden ze szlifów folię. Jakież było nasz zdziwienie i jakaż była nasza natychmiastowa reakcja obronna w stylu „nie wiemy”, gdy prowadząca zaczęła się dopytywać o teflonik z chłodnicy. Ta biedna, zgnieciona folia, poniewierająca się w zakamarkach dygestorium, oderwana z brutalną precyzją okazała się powodem naszego „niewiedzenia”. Prowadząca widząc nasze zakłopotanie, owinęła z powrotem chłodnicę teflonem i kazała wraz z nią zmontować zestaw do syntezy.

Oprócz tego „niewiedzenie” zdarza mi się w momentach, kiedy kończę wypełniać swoje pilne obowiązki i pozostaje mi czas przeznaczony na odpoczynek. Mimo, że nie mam go zbyt wiele, sama świadomość „wolności” staje się przyczyną „niewiedzenia”. „Nie wiem” wtedy czy powinnam czytać, grać w Monopol czy pobrzdękać na gitarze. Zwłaszcza boleśnie „niewiedzenie” daje o sobie znać w sytuacjach stresowych bądź w momencie zaskoczenia. Na pytanie: „Napijesz się kawy czy herbaty?”, automatycznie odpowiadam „Nie wiem”, zanim nawet zdążę się zastanowić.

Kolejnym przykładem „niewiedzenia” są kłopoty z garderobą. „Nie mam co na siebie włożyć” nie wynika z braku odpowiednich spodni lub kaszmirowego swetra. Stan „niewiedzenia” blokuje podejmowanie kreatywnych decyzji, wyzwala podświadomą chęć kupowania, skłaniając do wypadu do sklepu po nowe elementy stroju.

Stan „niewiedzenia” jest zatem dogodną – i chyba jedna z najlepszych – form radzenia sobie w trudnych sytuacjach. Osobiście korzystam z niej rzadko, chyba że mam szanse wyciągnąć z tego wymierne korzyści. Ale ostrzegam: „Nie wiedzieć” trzeba dobrze umieć.


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


"Ta noc jest jak zamknięty szczelnie grochu strąk, do którego promienie słońca nie dotarły..."
Notatkę dodano:2009-12-22 13:07:15

Może odrobinę za wcześnie, może zbyt podniośle – a może po prostu po mojemu – chciałam złożyć życzenia wszystkim bliskim i dalekim, znanym lub zupełnie obcym – odwiedzającym i tym, którzy tego bloga jeszcze nie znają.

Kochani! Ten rok, mimo że jest „ tylko” kolejnym w moim życiu, tak naprawdę przyniósł sporo zmian, które chociaż w pośredni sposób kazały mi się nad upływem czasu zastanowić. Nie chcę robić podsumowań – na to przyjdzie jeszcze czas. Chcę napisać, że tak jak Boże Narodzenie jest wielkim oczekiwaniem na przyjście Zbawiciela, tak życie także jest próbą cierpliwości, czekania  i dążenia do realizacji własnych planów. Planów tych w moim życiu jest wiele. Oprócz tych przełomowych, pozostają także w pamięci rzeczy drobne, które być może kiedyś uda mi się ziścić. Denerwuje mnie istota czekania. Z natury jestem osobą, która dostaje zawsze to czego chce, wtedy kiedy akurat tego potrzebuję. Dlatego tym bardziej brakuje mi cierpliwości. Jednak pewnych spraw przyspieszyć nie sposób. Do końca studiów pozostało mi jeszcze 2,5 roku. W tym czasie planujemy z narzeczonym się pobrać.

Chcę zatem z okazji zbliżających się Świąt Bożego Narodzenia życzyć wszystkim przede wszystkim cierpliwości, dzięki której upływ czasu nie będzie się wydawał taki powolny. Kochani! Zapomnijcie też na moment o bieżących sprawach, przystańcie przy szopce i wyobraźcie sobie, że gdyby ta mała istota nie przyszła na świat dwa tysiące lat temu, dzisiaj nie mielibyśmy na co czekać. Co to bowiem za życie, które nie jest oczekiwaniem?

Wasza Magda


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Ene, due... metan, etan, propan, butan!
Notatkę dodano:2009-10-07 21:56:46

Rzeczy, które mogłabym robić w wolnym czasie, a których akurat wtedy nie doceniam, domagają się uwagi właśnie wtedy, kiedy cennych minut (o godzinach nie wspominając) właśnie zaczyna mi brakować. Sztandarowym tego przykładem jest chociażby ten mój nieszczęsny blog, zaniedbany, obrosły chwastami (czy raczej spalony do gołej ziemi?) przez okres długich, trzymiesięcznych wakacji. Poprzednia notka, jak i ta obecnie się tworząca, dotyczyła ogólnie rzecz biorąc uczelni. Zastanawia mnie to, że mając kawał czasu – lipiec, sierpień i wrzesień – do pisania (oprócz recenzji) jakoś mnie nie ciągnęło, za to obecnie, gdy laboratoria i szeroko pojęta dziedzina zwana chemią, daje o sobie znać, ja Magdalena, odczuwam przemożną chęć uzewnętrznienia się, wyrażenia niezadowolenia i ogólnie pomstowania na cały organiczny i nieorganiczny fundament świata.

Jak się po raz kolejny przekonałam, zaczynamy tęsknic za rzeczami dopiero w momencie, kiedy nie mamy czasu żeby poświęcić im swoją uwagę. Z przykrością muszę stwierdzić, że nastaną teraz dla mnie dni istnej posuchy literackiej, jeśli nie brać pod uwagę publikacji naukowych i skryptów uczelnianych, od których szafka pęka w szwach, a paskudny instynkt użytkownika Biblioteki Politechniki Śląskiej wciąż domaga się większego limitu. Już któryś rok z rzędu będę musiała rozdzielać, reglamentować wolny czas, wydzierać go jak małe kawałki papieru, z grubych ksiąg zatytułowanych „Obowiązki”. I choć myślałam, że w tym roku będzie już jakoś łatwiej (łatwiej w sensie metaforyczno-przystosowawczym), że wniknie się w system uczelni tak sprawnie jak zaskakują trybiki w mózgu gdy usilnie nad czymś główkuję. Trybiki mają się dobrze – solidnie naoliwione przez wakacje – jednak nastrój płata jakieś niezbyt śmieszne figle. Być może to wina października – którego z niewiadomych przyczyn jakoś nie lubię, aczkolwiek nazwa bardzo mi się podoba, a może po prostu brakuje mi witamin.

Tak czy siak wracamy do punktu wyjścia. Dla niewtajemniczonych, oraz wszystkich którzy dwa poprzednie akapity opuścili– zaczęło się od chemii (w ogromnym skrócie myślowym tak naprawdę to od uczelni) i na takowej skończyło. Chyba jestem na nią skazana. To coś w rodzaju pieprzonej predestynacji.

Myśl dnia: na laboratoria z chemii organicznej nie zakładamy soczewek kontaktowych. Podczas tych zajęć, różne substancje często wybuchają studentom w twarz, a trudno jest potem wyciągać z oczu stopione szkła.

Brzmi zachęcająco. Ruszam na łowy!


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


untouchable
Notatkę dodano:2009-06-01 21:28:39

kryzys sesyjny 

1383213631f351a5228d944f87abec78.jpeg

Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


Gołe jądra
Notatkę dodano:2009-05-11 19:49:48

Nie wszystko kręci się wokół jąder atomowych. Dobra - wszystko się wokół nich kręci - jednak chcąc zachować zdrowie psychiczne postanawiam na chwilę o tym zapomnieć. Zabieram się zatem za coś, co względnie można uznać za notkę - bezwzględnie natomiast za niekoniecznie logiczny ciąg wyrazów.

Im bliżej sesji, tym mniej zapału, a co za tym idzie zarówno siły jak i ochoty do robienia czegokolwiek. Nie znaczy to jednak, że moje chęci zmieniają się w czyny. Mimo że większośc zajęć już zaliczyłam - zarówno laborki jak kilka ćwiczeń - to nauki zdaje się wcale nie ubywać. Fakt, jestem dłużej w domu, jednak większość czasu zajmuje mi na zmianę - chemia organiczna i fizyczna, ze wskazaniem na tę pierwszą. Przedmiot to zdecydowanie ciekawy, wyjaśniający dogłębnie (wzdłuż, wszerz, od tyłu również - w zależności od potrzeb i ochoty) każdą reakcję chemiczną z udziałem związków organicznych. Lektura chemii organicznej potrafi człowieka ze wszech stron otoczyć, można wtedy poczuć ciepełko ogromu wiedzy, a w chwili zadumy poszukać w portfelu dokumentu, przypominającego przytłoczonemu jak się nazywa.

Z aktualności, hasło dnia dzisiejszego wykładu z chemii analitycznej. Omawiana była metoda analizy próbek, wykorzystująca do tego celu promieniowanie rentgenowskie. Prowadząca stwierdziła, chcąc dodać słuchaczom otuchy, że najniebezpieczniejsze w pomieszczeniu ze spektrofotometrem (tą maszyną, która służy do pomiaru absorpcji lub emisji promienowania badanej próbki, znajduje się w niej źródło promieniowania - w tym wypadku lampa rentgenowska) jest promieniowanie z ekranu komputera. Wieść to ze wszech miar dobra, tym bardziej, że laboratorium z fluorescencyjnej spektrometrii rentgenowskiej już odbyłam, a przed tą wielką maszyną bronił mnie laboratoryjny fartuch.

Tymczasem wracam do jąder. A właściwie do sedna sprawy.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


Cause I got too much life running through my veins, going to waste
Notatkę dodano:2009-03-18 22:12:10

Któryś już raz z rzędu łapię się na tym, że czas ucieka mi taj jak w piosence Robbiego Williamsa. Czas, który jak podpowiada wikipedia, jest jednym z podstawowych pojęć filozoficznych, zagwozdką dla zwykłego śmiertelnika, dla wybitnych natomiast źródłem do snucia zbyt mądrych jak na środek mroźnego, oddalonego o tysiące lat świetlnych od wiosny tygodnia myśli.

Środa, niestety tylko podczas tygodni parzystych jest dla mnie furtką do weekendu. Nie żebym nie miała zajęć w czwartek i w piątek. Otóż mam, kolejno wykład z inżynierii chemicznej i procesowej i chemii organicznej, ale ogrom obowiązków każe pomachać na pożegnanie wyidealizowanemu systemowi studiowania i zabrać się za rzeczy, które angielskie słowo "urgent" doskonale opisuje. A obowiązków namożyło się jak królików przed Wielkanocą. Poniedziałki szczelnie opakowane w wykłady, które najodporniejszych przyprawią o łopatę wątpliwości i pytań o przyczynę wszechrzeczy. Ciągnące się następnie do godziny pół do piątej ćwiczenia kolejno z agnielskiego i IChemu skutecznie wysysają pokaźny, spowodowany rozpoczynającym się, długim tygodniem enuzjazm. Wtorki natomiast odziane są w biały fartuch laboratoriów. I to nie byle jakich! O 8:30 otworem stoją drzwi na chemię analityczną. Co tydzień zajęcią odbywają się z innym prowadzącym, który ma nas zapoznać z metodami instrumentalnymi. Zajęcia trwają do godziny 13:00. W tym czasie nawet najoporniejsi zdążą zaliczyć (lub nie) ustne kolokwium, przeprowadzić doświadczenie i napisać sprawozdanie - często na stojąco, bo stołków jak na lekarstwo (ewentualnie podpierają ściany na korytarzu). Wrażeń wtorkowych dopełniają laboratoria z chemii fizycznej. Od 14:00 do 17:00 można rozgryźć wiele interesujących fizykochemicznych zagadnień, a już z pewnością (choć niewielką) wychodować brodę lodową. Jednak punktem kulminacyjnym jest środa. Wykład z ChFu jest doskonałym momentem aby doszlifować swoją wiedzę na seminaria z chemii organicznej. A seminaria jak to seminaria polegają na cotygodniowym maglowaniu zestresowanych i obkutych po uszy i dziurki w nosie studentów przed tablicą z niezliczonej ilości reakcji substytucji nukleofilowej tudzież aromatycznej. Kolorowych chorób tego rodzaju jest niestety dużo więcej.

Cóż, robić jest co, kryzys jak narazie uczelni ani wykładowców nie dosięgnął. Szkoda tylko, że dzieląc czas na wszystkie te obowiązki nie można go w jakiś cudowny sposób na nowo odzyskać i  przemnożyć.


Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


I po sesji!
Notatkę dodano:2009-01-30 22:03:36

...koniec się zjawił. Sesja zaliczona. Ostatni egzamin ustny zdałam dzisiaj około godziny 15. Padam z nóg, poza tym powoli opuszcza mnie nagromadzony przez te dwa tygodnie stres. No i zjedzone w sumie dzisiaj tylko dwie kromki chleba oraz wypity wielki kieliszek szampana dają się we znaki. Idę spać. A jutro zaczynam długie, dwutygodniowe ferie.


Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Licznik

Odsłon: 696944
Osób: 681610

Mój ślubny blog:

www.weddblog.pl
Blog granice.pl. Ta strona jest nieoderwalna częścią serwisu www.granice.pl właściciela firmy W&w. 2008-2017