blog Mrówki
... żeby wszystkim nam było weselej...

logo

314. przyszedł czas
Notatkę dodano:2007-07-08 13:43:40

Myśl o poważnym wzięciu się za rysowanie karykatur dojrzała we mnie na tyle, żeby zacząć ją realizować.
Co jest nie do końca naturalne, bo ja przeważnie szalone pomysły wcielam w życie natychmiast.
Tym razem na tapetę poszła kwestia rysowania na tyle realistycznego, żeby bez podpowiedzi dało się odgadnąć bohatera obrazka i na tyle humorystycznego, żeby każdy, łącznie z bohaterem, jeśli dotrze do niego obrazek, mógł się uśmiechnąć. Już nie rysowania komiksowego. I nie pastiszowego, jak było przy okazji redutek rysunkowych. Tigranie, mistrzu karykatur, zmiłuj się nad naaaami...

Cały problem polega na tym, że ja nie widzę proporcji. Mam problemy z przeniesieniem odległości z obserwowanego przedmiotu na kartkę. Dlatego też myśl o rysowaniu karykatur musiała troszkę poczekać. Na natchnienie.

Narysowałam swoją pierwszą w życiu TAKĄ karykaturę. Nie wiem, czy uda się ją zeskanować, bo ołówkiem. Przedstawia jednego z wykładowców (nie, NIE Bossa), w charakterystycznym dla niego otoczeniu.
Ale nie wiem, czy da się jej bohatera rozpoznać na pierwszy rzut oka (chce ktoś przetestować? ;)).

Dlatego też poszłam z rysunkiem do brata. Najpierw podetknęłam mu pod nos stosowne zdjęcie.
- Przyjrzyj się temu panu - poleciłam.
Brat się przyjrzał.
Wyciągnęłam kartkę z rysunkiem.
- A teraz powiedz, czy jest podobny do tego na rysunku.
Brat obejrzał obrazek, przechylił głowę, zmarszczył nos (dobra, nie zmarszczył, stopniuję napięcie) i powiedział:
- Nie wiem, czy jest podobny do tego na rysunku, ale przypomina mi jakiegoś polityka.
Chwilę kontemplował rysunek, a potem dodał:
- O, już wiem! Do Rokity jest podobny!

To ja jeszcze przemyślę swoje chęci rysowania...
Albo spróbuję narysować Rokitę. Wtedy wyjdzie mi ów wykładowca na pewno... ;)


Komentuj(11)

-------------------------------------------------------------------


313. lipcowa majówka w rajskim ogrodzie
Notatkę dodano:2007-07-07 21:21:50

- Co jutro robisz? - zapytał w piątek wieczorem w telefonicznej rozmowie Profesor W. Odpowiedziałam, mniej lub bardziej zgodnie z prawdą, że nic. Profesor W zaproponował, żebym w takim razie przyjechała do niego. Posprawdzałam sobie wszystkie połączenia autobusowe i zaczęłam opracowywać trasę. U Profesora W byłam raz, ze Sławkiem, robiłam wtedy za pilota, ale mieliśmy samochód, więc nie musiałam się martwić o najkrótszą drogę...
Ania zaczęła mi tłumaczyć, w którą stronę muszę skręcić, kiedy wysiądę na przystanku. Po półgodzinie tłumaczenia powiedziała, że mam zapomnieć o jej wskazówkach i podała drogę łatwiejszą.
- Wysiadasz z autobusu i musisz przejść przez tory tramwajowe - produkuje się Ania.
- Gdzie mam te tory? - informuję się mało inteligentnie, bo co jak co, ale tory trudno przeoczyć. - Po lewej czy po prawej?
- POD NOGAMI MASZ! - zirytowała się Ania. - Jak tylko wysiądziesz z autobusu!
Wytłumaczyła mi w końcu gdzie mam przejść.
- Najśmieszniej będzie, jak sobie nie wysiądę na dobrym przystanku - mruknęłam. Ania dostała ataku śmiechu.
- Wiesz, ja i tak przypuszczam, że jutro zadzwonisz do mnie z pytaniem, gdzie jesteś. Będę wtedy twoim GPS-em - obiecała.

Pojechałam, przesiadłam się na dworcu w Sosnowcu, wysiadłam na odpowiednim przystanku i dotarłam do domu Profesora W bez przygód, konieczności pytania o drogę i dzwonienia do Ani. Powitałam Profesora W triumfującym:
- Ha! Nie zgubiłam się jednak!
A po chwili zastanowienia dodałam, że i tak pewnie zapomnę, którędy mam wrócić.

Zrobiliśmy sobie z Profesorem W lipcową majówkę. Już nawet nie mówię, że właziłam po drabinie na czereśnię, zrywałam owoce wielkie jak pięciozłotówki i sobie jadłam (od razu wyjaśniam, drabina się pode mną NIE załamała, z niczego NIE spadłam). Już nie mówię, że zjedliśmy pół krzaczka malin (z malin nie spadłam tym bardziej).
W ogródku Profesora W jest wszystko. Zatrzęsienie owoców. I kwiatów. Można utonąć w zieleni. Odpocząć w Świątyni Dumania ;). Wyciszyć się. Pogadać o wszystkim. Uciec od codziennej bieganiny. Czas mi się tam zatrzymuje. Dużo się zmieniło od naszej z Slkiem ostatniej wizyty - a przecież gdyby nie ten rozrośnięty gąszcz w miejscu, w którym dawniej siedzieliśmy, powiedziałabym, że byliśmy tam nie dawniej niż wczoraj...

Widziałam mrówkę wspinającą się na drzewo, motyla na wysokości nosa (mojego), ślimaka, który nigdzie się nie spieszył (jak ja) i pszczołę, która się wytarzała w pyłku kwiatka. Pszczoły pojawiające się na moim balkonie mają przeważnie umorusane pyłkiem pyszczki (no pyszczki, bo nie wiem, jak się nazywa twarz pszczoły). Te u Profesora W wyglądają tak, jakby się w tych pyłkach kąpały. Brudne jednolicie na całym futerku.

U Profesora W człowiek szybko zaczyna się czuć jak u siebie. Ale i tak nie da się tej niepowtarzalnej atmosfery i całego piękna oddać w pospolitej Mrówkowej notce. Kto był, ten wie, kto nie był, niech żałuje ;).

Odprowadził mnie potem Profesor W na przystanek, a właściwie zrobiliśmy sobie jeszcze mały spacer (ja - na przystanek, Profesor W do sklepu).
Wsiadłam w sosnowiecki autobus, żeby dojechać na dworzec.
W autobusie reklama "z nami dojedziesz punktualnie". Tja... autobus spóźnił się osiem minut, wobec czego uciekł mi bezpośredni do Jaworzna. Też nie pomyślałam, bo gdybym wysiadła przystanek przed dworcem i pobiegła pod bibliotekę, mogłabym na niego jeszcze zdążyć. Uznajmy, że mi się nie chciało. Następny do Jaworzna miałam za godzinę.
Sprawdziłam połączenia do Katowic, Mysłowic i na Niwkę.
Kupiłam sobie na dworcu bilet. Pan w kiosku dostał ataku śmiechu, bo rano też kupowałam sobie u niego bilet. Być może pomyślał, że jeżdżę w kółko, zataczając przy tym coraz szersze kręgi. Ale w końcu "każdy ma prawo do rozrywek na urlopie" (Slk - źródło cytatu rozpoznasz na pewno).
Wymyśliłam sobie, że dojadę do przystanku Niwka Kościół i tam złapię jaworznicki autobus jakikolwiek.
Jadę sobie autobusem linii, którą pierwszy raz w życiu na oczy widzę i pogwizduję. Z nadzieją, że nie ma wielu przystanków zatytułowanych "Niwka Kościół" i z nadzieją drugą - że poznam, gdzie mam wysiąść.
Jadę sobie dzielnie.
Jadę.
Wyglądam przez okno.
Za oknem jakaś hala produkcyjna, a na hali napis "Bydgoszcz".
Taaaak...
Dojechałam na Niwkę, przesiadłam się w autobus do domu i trafiłam bez problemów.

I z miłymi wspomnieniami.


Komentuj(9)

-------------------------------------------------------------------


312. rudy, rudy, rudy, rudy rydz
Notatkę dodano:2007-07-06 20:43:56

Kiedy Piotrek zobaczył na blogu zdjęcie wiewiórki (notka 308), przekazał mi parę uwag.
- Coś tak krzywo na ciebie patrzy... - stwierdził. - Biedne zwierzę...
- Bo nie miałam orzecha - wtrąciłam się.
- Ma wybałuszone oczko... - rozpracowywał Piotrek zdjęcie.
- Bo się patrzy! Tym oczkiem, znaczy... - wyjaśniłam obronnie.
- I ogon mu się zjeżył... - ciągnął Piotrek.
- A to ze złości, ż tego orzecha niet.
- Ona patrzyła na ciebie jak na UFO! - roześmiał się mój rozmówca. - A raczej UWO.
- Uniwersalny Wiewiórek Objadacz? - spytałam, bo wyrzuty sumienia gryzły mnie, jak nie przymierzając wiewiórka orzech.
- Unidentified Walking Object - sprecyzował Piotrek. A potem dodał - Jejuniu, spójrz na to biedne stworzenie. Ono jest przerażone! Aż mu odnóża opadły z wrażenia.

No to ja może inne zdjęcie zaproponuję? ;)

ace14920cd6d4b6a529ba720af6e03db.jpeg

Komentuj(7)

-------------------------------------------------------------------


311. wyjechali na wakacje...
Notatkę dodano:2007-07-05 21:36:11

No, ja nie wiem, co się tu będzie działo przez wakacje. Bossowi obiecałam święty spokój na trzy miesiące, licząc od wczoraj, Marek Lenc wyjechał za granicę i go do września nie będzie w świecie netowym (a przez telefon będzie nam trudno sobie dogryzać), z Kaśką widuję się tylko przy wielkich okazjach, z Olkiem wspólnych zajęć chwilowo brakuje, a na gg jakoś nam wygłupy nie wychodzą, ostatnie czwartki się skończyły, Arturek wsiąkł nie wiadomo gdzie, Sal wsiąkł wiadomo gdzie, a kontaktu z nim na razie jakoś nie mam, Tyran zajęty konferencją tańca, Fimbul siedzi we Wrocławiu i mam nadzieję, że wróci jutro (a z Wrocławia kazał mi Bossa pozdrowić), z Anią (Szczepanik) jeszcze chyba wspólnych wakacji nie miałyśmy, to znaczy - poznałyśmy się w październiku zeszłego roku, Piotrek się zdematerializował, z Lady Q nie gadamy poza komentarzami w blogach, z Zadrą ewentualnie jeszcze na gg, Biały przestał podsyłać mi mrówkowe pastisze... nic, tylko rzucić się w wir pracy ;)

Zanim Marek Lenc wyjechał, stoczyliśmy jeszcze ostatnią słowną bitwę na gg. Mam pozwolenie wykorzystania tego na blogu, więc sobie wykorzystam...

- Będę się zbierał, więc jeśli chcesz mnie jakoś specjalnie pożegnać, to teraz jest ten moment - oznajmił mi ML. Rzecz jasna, udałam wielkie przejęcie i zaangażowanie emocjonalne:
- *rzuca się na szyję* (Markowi oczywiście)... - odpisałam.
- *rzuca się przez okno* byłoby lepsze! - rozmarzył się ML. - Też za sobą już tęsknię. No, dalej: - ponaglił mnie -  *wyrywa se paznokcie* czy coś...
- Hmmm - odrzekła inteligentnie Mrówka. - Tego... *zastanawia się*
*aktorsko wyciera nos... i oczy... i ekran monitora...*
- I klawiaturę... - zniecierpliwił się ML.
- No! - przyświadczyła Mrówka radośnie. - I szafki! I robi generalne porządki!

- Marszczy nos... - kombinuje chwilę później Mrówka, chcąc okazać dostateczną ilość żalu z powodu wakacyjnego wyjazdu Marka.
- Świnia? - pyta ni z tego ni z owego ML.
- Jaka świnia?
- Marszczy nos... myślałem, że to kalambur!
- Mrówka marszczy nos! - zirytowała się Mrówka.
- To one mają nosy? - ML udawał szczerze zdziwionego. - Aha, żeby je wtykać tam gdzie nie trzeba!
- A świnie mają nosy?
- Ok. Świnie i mrówki mają ryje - ML zdecydował się pójść na ugodę.
- A saaaam maaaaasz! - odwrzasnęła mu natychmiast zdenerwowana Mrówka.
- Ja mam usteczka.
- Gdzie? - nie wytrzymała Mrówka.
- W dupie - wyrwało się Markowi błyskawicznie, po czym zaraz dodał - A gdzie się ma?
- Ja wiem gdzie SIĘ ma! Ale TY musisz być oczywiście oryginalniejszy?
- I w ten sposób masz notek na cały tydzień - spointował dzielnie Marek. Wreszcie mogłam zdobyć się na szczere wyznanie:
- Będzie mi cię brakowało - napisałam z uczuciem. - Jak mi się tematy na bloga skończą.
- Wtedy znowu mnie brutalnie zaatakuj i pooczerniaj - poradził.

Taaaa... ale jak, skoro go nie ma do września?


Komentuj(16)

-------------------------------------------------------------------


310. z placu boju
Notatkę dodano:2007-07-04 22:20:58

Jeszcze w czasach przedlicealnych stwierdziłam, że nie mam zamiaru cierpieć w przyszłości na wrzody z powodu nadmiernego stresu. Wymyśliłam więc sobie, że nie mogę pozwolić na to, żeby ze zdenerwowania bolał mnie brzuch.
Metody opanowywania stresu miałam różne, łącznie z wybuchami śmiechu rano i śpiewaniem do lustra. Pomogło. Dzisiaj, w chwilach wielkiego zdenerwowania, bolą mnie łokcie. ŁOKCIE. Nie brzuch. Nie wiem, dlaczego łokcie, ale już niech będzie.
Z obolałymi łokciami pojechałam sobie na uczelnię.
I uśmiałam się za wszystkie czasy.
Już nie mówię o tym, że na samym początku dostałam od mojego wykładowcy-satyryka epitafium. Nie wiem, czy mogę je tu opublikować, więc na wszelki wypadek się powstrzymam, możecie mi uwierzyć na słowo - padłam po nim ze śmiechu ;).

Przyszedł mój dawny profesor z TL. I do jednej z koleżanek powiedział:
- Muszę się przyjrzeć, jak pani wygląda jako magister!

W pewnym momencie mój wykładowca-satyryk wyszedł z sali, żeby poprosić na rozmowę kolejną osobę.
- Pani Izabela... (wymienił nazwisko)
- Uff, bo już się przestraszyłam, że ja! - odetchnęłam z ulgą.
- E tam, panią zawołam tak: "Mrówka!" - oznajmił mi mój w-s i wrócił spokojnie do sali, podczas gdy ja się zwijałam ze śmiechu na korytarzu.
(Obietnicy dotrzymali :D.)

Siedziałyśmy z Kaśką na korytarzu. Ponieważ Kaśka wchodziła przede mną, poradziłam jej:
- Weź ich [komisję - przyp.red.] na litość!
- Ja nie chcę na litość, ja chcę na geniusz! - zbuntowała się Kaśka.
- No dobra, wejdę tam z tobą - obiecałam jej.
Za co zresztą chwilę później oberwałam ;).

Ale i tak nic nie przebije jednej z dziewczyn, która podeszła (po godzinie 17, to wiele tłumaczy ;))) do swojej koleżanki i zapytała:
- Pamiętasz, co ja RAZ na pierwszym roku piłam?


Komentuj(8)

-------------------------------------------------------------------


309. zniknęłam
Notatkę dodano:2007-07-03 14:43:49

Smutno mi jak cholera.
Co ma swoje dobre strony, bo oznacza, że lepiej mi się będzie potem odbierało kolejne stany szczęścia wielkiego, średniego i normalnego. Które to stany są dla mnie zjawiskiem na tyle naturalnym, że w ogóle bym ich nie dostrzegała, gdyby nie pojedyncze dni chandry bez powodu.
Ale na razie nie docierają do mnie te słowa pocieszenia i rzucam wyimaginowanymi talerzykami we wzniesioną w wyobraźni ścianę.
Płaczę bezgłośnie i do wewnątrz, a niechęć do jakichkolwiek działań tłumaczę chwilowym i przejściowym tumiwisizmem.
Chodzę po pokoju i staram się wyładować nadmiar niepotrzebnej energii (niepotrzebnej, bo po co mi energia, jak mam chandrę?).
Nie zabieram się za nic, bo z góry wiem, że odłożę to po czterech sekundach. Albo po trzech.
Rozczulam się nad sobą i czekam skrycie (ta, na blogu to skrycie jak cholera), żeby mnie opieprzył ktoś, kto może nazywać się moim przyjacielem.
Pocieszające jest to, że jutro wstanę sobie skoro świt i zaśpiewam do lustra "mam dzisiaj dobry dzień". I wróci stan zwyczajnej euforii, stan, który pozwala mi dokonywać rzeczy niemożliwych.
Na razie idę spać, i będę spać bez przerwy do jutra. Przeczekam.

A, jeszcze historyjka blogowa.

Ilekroć mam czas na relaks, a że z natury jestem bardzo leniwa, to ten czas trwa bez przerwy i nawet precyzować tego nie trzeba, siadam i pozwalam swoim myślom na przypływy i odpływy. Te drugie częściej. Ale co tam. Mam czas. Z rosyjska rzecz ujmując - nawet dwa.
Dwa ścienne zegary znalazły schronienie w moim pokoju. Jeden z nich darzę ogromnym sentymentem i towarzyszy mi od wielu lat, drugi kiedyś wygrałam, więc niech sobie wisi.
Ta obecność dwóch zegarów ma znaczenie praktyczne - umieściłam je tak, żeby z każdego miejsca w pokoju mieć kontrolę nad czasem. Z której to kontroli nie korzystam.
Na zegarach w moim pokoju zyskują ludzie uzdolnieni muzycznie. Zawsze, kiedy pojawi się u mnie jakiś meloman, najpierw z zafascynowaniem wsłuchuje się w każdorazowo inną melodię stworzoną z tykań.
Wczoraj jeden z zegarów zasłabł. To znaczy - bateria mu wysiadła (może mnie dzisiaj też?), więc zwolnił tempo. I wskazuje godziny, na jakie ma akurat ochotę. Więc żyję sobie równocześnie w dwóch czasach i przenoszę się do tego, który akurat bardziej mi odpowiada. Czas realny i czas fikcyjny. Ale mam wrażenie, że żyję tak od dawna i bez względu na ustaloną przez moje zegary godzinę.
Na marginesie - animator dopingu w Spodku powinien dostać jakąś nagrodę za genialne wyczucie sytuacji. Na ostatnim meczu (w siatkówkę oczywiście), gdy trener wziął czas, z głośników popłynął "śpiew" dzieciaków z Arki "mamy czas, mamy czas, mamy czas, czas nie goni nas",
Na marginesie marginesu: kiedy Arka Noego zaczynała swoją wydzierankową karierę, myślałam, że śpiewa "mamy czas mamy czas mamy czas taniego wina" z transakcentacją. Cóż, każdemu według potrzeb.

Nie ma mnie.


Komentuj(5)

-------------------------------------------------------------------


308. w Parku Wiewiórek
Notatkę dodano:2007-07-02 21:56:57

Uznaliśmy z Fimbulem, że coś tu nie gra. Znamy się prawie trzy lata (zdania na ten temat są podzielone, ja twierdzę, że 3,5 roku, Fimbul, że 2,5, krakowskim targiem wypada, że 3), znamy się więc tak długo i przyjaźnimy się niemal od samego początku, a jeszcze nigdy nie byliśmy razem w Parku Wiewiórek. Czyli w katowickim Parku Kościuszki.
Postanowiliśmy to zmienić.
Wybraliśmy się tam dzisiaj. Z aparatem fotograficznym.
Po wejściu do parku i przejściu kilku alejek, rzuciła się w naszą stronę wiewiórka. Zobaczyła, że nie mamy dla niej żadnego smakołyku i uciekła rozczarowana. Następna zbiegła do nas z drzewa. Podeszła bliżej i zaraz zwiała.
Pierwszej zrobiłam zdjęcie. Kiedy zobaczyliśmy drugą, zaczęłam bardzo wolno i ostrożnie wyjmować z kieszeni aparat, włączać go, czekać, aż się uruchomi...
- Mrówko, ty masz różne talenty - powiedział Fimbul. - Ale na karierę fotoreportera to raczej nie masz co liczyć.

A potem trafiliśmy na polankę, na której pani z dzieckiem próbowała karmić wiewiórki orzechami włoskimi.
Co się tam wyprawiało!
Wiewiórka podchodziła po orzech, po czym dziecko (bachor okropny i wrzaskliwy) rzucało się na nią z piskiem. Wiewiórka dostawała ataku nerwowego i uciekała, a zaraz potem wracała, bo jednak wizja otrzymania CAŁEGO orzecha włoskiego na własność była bardzo kusząca.
Wracała więc biedna wiewiórka z zawałem, brała orzech i oddalała się na odległość bezpieczną (tam, gdzie nie dosięgały jej decybele ani wydające je dziecko... momentami jej zazdrościłam).
Wracała wiewiórka, bo głód brał górę nad emocjami, brała kolejne orzeszki, pozwalała się fotografować i zwiewała znowu. Panie karmiły. Dziecko się darło. Z Fimbulem porozumiewaliśmy się za pomocą spojrzeń, inaczej się zresztą nie dało.
W sumie były tam trzy wiewiórki, z czego dwie raz się pobiły. Bo jedna nie chciała drugiej poczęstować orzechem. Jak w życiu.
Obok wiewiórek chodziły sobie gołębie. Ale JAK chodziły... wszystkie z minami pełnymi wyższości, jakby chciały oznajmić, że mają swoją godność i nie będą się prosić o orzechy.
Narobiliśmy tam trochę fajnych zdjęć (na jednym mam Fimbula, orzeszek i wiewiórkę, w takiej właśnie kolejności. Fimbul i wiewiórka znajdują się po dwóch stronach orzeszka, w równej odległości, wyglądają, jakby się ścigali, kto pierwszy weźmie smakołyk).

Nie rozumiem, dlaczego obsługa parku musi się po nim poruszać w pojazdach robiących AŻ TYLE hałasu. Ale musi. I płoszy przy tym wiewiórki. Po pewnym czasie odkryliśmy zresztą jedną prawidłowość: jeśli widzimy wiewiórkę, to murowane, że zaraz pojawi się człowiek na warkotliwym pojeździe, który z łatwością można wyminąć na piechotę, i tę widzianą wiewiórkę spłoszy. Uciekaliśmy więc przed wrzeszczącymi dziećmi i przed małymi samochodzikami. Wiewiórki też, należałoby więc przypuszczać, że razem znajdziemy się w jakiejś głuszy, wolni od hałasu (i od jedzenia). Ale one chyba były bardziej odporne niż my.

Za każdym razem, kiedy jestem w Parku Wiewiórek (notabene ta nazwa funkcjonuje tylko wśród moich znajomych, nie jest oficjalnie przyjętą nazwą), mam wrażenie, że ten park nie ma granic. Nigdzie się nie kończy. Zawsze chodzę innymi ścieżkami i nigdy dwa razy w to samo miejsce nie trafiłam, zupełnie jak piorun, chociaż mniej błyskotliwa jestem.
Kiedy więc przechodziliśmy z Fimbulem obok jednej alejki, wyglądającej kusząco, bo a) wąskiej, więc nie wjechałby tam żaden hałaśliwy pojazd, b) pustej, więc bez drących się dzieci, c) być może pełnej wiewiórek, co jest wynikiem sumy punktów a) i b), zapytałam od niechcenia:
- Fimbul, co tam jest?
Fimbul zerknął we wskazywanym przeze mnie kierunku.
- Koza - odrzekł spokojnie i z pewnością siebie.
Przyznam, takiej odpowiedzi się nie spodziewałam. Zaskoczona zapytałam, dlaczego koza i odruchowo skręciłam na ścieżkę, przyspieszając nawet kroku.
- No bo masz tu pochyłe drzewo - pokazał mi Fimbul. - A na pochyłe drzewo...
Przyznaję, nie wpadłabym na to.

Na zdjęciu wiewiórka i dumny gołąb w tle.

0305bf732f7416fc9372ff99a020da88.jpeg

Komentuj(6)

-------------------------------------------------------------------


307. ciężki los faceta...
Notatkę dodano:2007-07-01 21:21:53

...przedstawiony na przykładzie Piotrka. Za jego zgodą (i poleceniem)

- Aż cię chyba zaraz z czymś wrzucę na bloga normalnie - powiedziałam Piotrkowi chwilę po tym, jak znowu czymś mnie rozśmieszył.
- No ja na to liczę - odparł Piotrek ze stoickim spokojem. - Po tylu pogawędkach ciągle nic i nic!

Wobec tego - rozmowa sprzed kilku dni.

- Powodzenia! - rzekł Piotrek, po czym od razu uściślił - Ja ci tylko życzę miłego powodzenia, co nie znaczy, że życzę ci powodzi, chociaż mogłoby się każdemu dobrze powodzić. Ale jak już się powodzi, to narzekają - zamyślił się. - Wtedy mówią na nich "powodzianie".
- Ja nie mówię, bo mnie nie zalewa - wstrzeliłam się w ten tok rozumowania. - To znaczy, mnie zalewa, jak mi się nie powodzi.
- Mnie czasem krew zalewa - zwierzył się Piotrek. - Choć nie miewam okresów.... Chociaż miewam okresy, gdy mnie zalewa. Tylko że na to nie ma obejów i innych tampaxów! To jest dyskryminacja mężczyzn!

Biedny...

Na zdjęciu widok z okna.

24257b9bda6dd6443e7f898e26eeb3f5.jpeg

Brak komentarzy

-------------------------------------------------------------------


306. pod Olka obronę
Notatkę dodano:2007-06-28 22:14:41

Kiedyś nie wytrzymam.
Przyjechałam dzisiaj do Katowic, spotkać się z Fimbulem i Olkiem.
Olek miał obronę pracy mgr. I w związku z redukowaniem przedobronnego stresu cały czas coś wymyślał.
A to doszukiwał się w serialach i kinowych przebojach aluzji do arcydzieł literatury (i ODWROTNIE, przy czym nie miała znaczenia kolejność powstawania utworów).
A to dopatrywał się w elementach ubioru obecnych osób motywów ludowych i posądzał wszystkich o przynależność do zespołu pieśni i tańca; sam zresztą postanowił się tam na lato zapisać po paru podskokach.
A to opowiadał po góralsku nieprzyzwoite dowcipy.
A to wymyślał konkurencje związane ze striptizem (z rzucaniem bielizną do celu, jak podpowiada mi na gg Fimbul).
A to pocieszał Fimbula, który jutro ma egzamin z historycznej (hasło "to bardzo przyjemny egzamin, przyjemny gdzieś tak za szóstym razem" Fimbul wrzucił sobie do opsu na gg).
Doprowadził nas do tego stanu, że kiedy złożył na pół kartkę papieru, śmialiśmy się przez dobre pięć minut. Olek skwitował to stwierdzeniem "złożyłem kartkę i już sensacja na dwa tygodnie", co oczywiście NIE przyczyniło się do uspokojenia nas.

Aż żal, że komisji nie było z nami ;).

Po swojej obronie Olek przyjrzał się bukietowi kwiatków, który miał wręczyć i najpierw powiedział:
- O, owadzik! A co ty tu robisz? - ale tajemniczy owadzik nie podjął dialogu, jakiś aspołeczny był.
Następnie Olek przyjrzał się bukietowi uważniej i zauważył:
- Te kwiatki rosną w betonie!

Kiedy przyszedł Recenzent, powiedziałam mu, żeby zadał Olkowi jakieś BARDZO trudne pytanie. Zgodził się od razu i pobiegł do sali.
- Jeśli rzeczywiście mi zada jakieś BARDZO trudne pytanie - mruknął Olek - to masz pięć sekund na ucieczkę!

 


Komentuj(10)

-------------------------------------------------------------------


305. chatka z piernika
Notatkę dodano:2007-06-27 21:25:01

Siedzieliśmy sobie wczoraj z Fimbulem na wydziale i uczyliśmy się gramatyki historycznej.
Nagle podeszła do nas jakaś sympatyczna dziewczyna.
- Przepraszam was bardzo - powiedziała. - Nasza koleżanka brała ślub i zostało nam trochę ciasta. Chcieliśmy was poczęstować.
I wyciągnęła do nas jednorazowy talerzyk z ogromnymi kawałami ogromnego ciasta.

Życie nie przestanie mnie zaskakiwać ;)


A na blogu środa osiemnasta i pierwszy raz od dawna trafiłam ze "środą" w środę...


Komentuj(5)

-------------------------------------------------------------------


Licznik

Odsłon: 543109
Osób: 443688

Występują, występowali:

Agnieszka - wokalistka i autorka muzyki do R2, Skołowana

Ania (Szczepanik) - duch niespokojny i wędrowny, Szefowa Skołowanych, wystarczy jedno słowo, żeby wsiadła w cokolwiek i pojechała na drugi koniec świata

(w kolejności przeważnie alfabetycznej)

Ania B. - śliczna i przemiła doktorantka Bossa, żona Mariusza

Ania od Piotrka - tak naprawdę to Marcina Ania od Piotrka, ale wszyscy mówią na nią Ania od Piotrka, żeby było łatwiej skojarzyć; językoznawca utalentowany

Arturek - król POM-ów, przebywający w Krakowie, bloga nie prowadzi, a przynajmniej nic o tym nie wiem

Biały (Michał) - tekściarz - przyszłość polskiego hip-hopu

Boss (zwany też PrzenajBosskim) - cierpliwy Promotor Mrówki, charakteryzowany bez przerwy w notkach na blogu 

brat Mrówki - brat Mrówki

Dawid - dawniej redaktor publicystyki, nazywany Przytulanką

dr PM - chwilowo (od paru lat) bezpseudonimowy najbardziej wyrozumiały z wykładowców Mrówki, znany też jako PawMaj, Prawa Ręka (czasy komiksów), Urzędnik z Biura Rzeczy Zagubionych (Rewia)

dystych - satyryk specjalizujący się w małych formach

Egzekutor - dawny wykładowca Mrówki, satyryk, współautor Wielkiej Rewii

Fimbul - "łowca dakiń nowego eonu"

Juan Pablo - "domorosły pseudosatyryk (...). Słodzi dwie łyżeczki"

Kalina - Kalina Beluch, satyryk. Specjalność: zabawy słowne i żart absurdalny

Kama - współautorka R3, w tejże R3 występująca jako SKZBTZW

Lady Q - kobieca i przekorna, blogowa specjalność: szermierki słowne z ML

Maciek - doktorant z miasta R., kierowca dla Piotrka Rybnickiego i Mrówki

Megi - blondyna z Psem Asystentem, Igorem. Razem prowadzą bloga (blondyniblondyna), chcą się zająć dogoterapią

Michel - MWG-owiec

migotek - patrz: komentarze blogowe

ML - Marek Lenc, rysownik satyryczny, ilustrator Wielkiej Rewii

Olek - kolega z ławki ze studiów, kiedyś prowadził bloga, pracuje w telewizji (albo udaje, że pracuje, a na legitymację z tv podrywa dziewczyny)

Patiinka - utalentowana muzycznie pracoholiczka, siostra Arturka

Piaskovy - informatyk, który pracował też przy zdejmowaniu płyt z wydziału filologicznego

Piotrek - doktorant z szalonym poczuciem humoru i skojarzeniami

Piotrek Rybnicki - jeden z doktorantów, których poznałam w mieście R.

Profesor W - promotor Promotora Mrówki

Radek - jeden ze Skołowanych, muzyk, radiowiec

Robo - kabareciarz

Sabina - dziennikarka, jedna ze Skołowanych, seminarzystka Bossa, dziewczyna Radka

Sal (znany także jako Kamil M.) - typ charakterystyczny, bohater SalTo i licznych blogowych anegdotek, nie do scharakteryzowania

Skołowana Gosia - utalentowany fotograf, magistrantka Bossa

Slk - Tyran uwielbiający Osiecką i.k.

Zadra - dziennikarz, współautor Rewii, prowadzi fotobloga, swoje ojcowskie doznania opisuje na blogu Okiem taty

Złośnica - prowadzi bloga razem z Brzydalem

Inne linki

strona Władysława Sikory


bloog niecodzienny Artura Andrusa

chlip-hopowy blog Magdy Umer i Andrzeja Poniedzielskiego

kabaret Adin - jeden z najciekawszych kabaretów scen offu (skład: Sikora, Andy, Julia, Chomik, Smutny)

strona poświęcona Ryanowi Stilesowi

strona Colina Mochrie

Sungha Jung - urodzony w 1996 wirtuoz gitary

Marcin Pałasz - autor książek dla dzieci i młodzieży
Wawrzyniec Prusky - blog roku 2005
Daniel Koziarski - pisarz
Kasia Krzan - recenzentka Granic, doktor nauk humanistycznych

Calvin i Hobbes - komiksowe paski Billa Wattersona (ang.)
filolog.katowice.pl - nieoficjalne forum studentów filologii polskiej