Radosławowo
smerf - zgrywus

logo
DOŻYWOTNI WYROK
Notatkę dodano:2015-10-20 13:53:21

Dożywotni wyrok

Action Cytaty.info "DOŻYWOT­NI WY­ROK"

Ra­dosław Pa­rol
Za­mość 2004 - 2014
lis­to­pad 11 - grudzień 10
uli­ca Grodzka starówka

..."z de­dykacją! Mo­nice Rem­bisz za wier­sz "dwo­je ludzieńków", kon­kursu re­cyta­tor­skiego imienia Bo­lesława Les­miana w Za­mościu Am­fi­teatr. z nutką piosen­ki Pa­na Michała Ba­jora "Mo­ja Miłość Naj­większa"!! Odtwórz "


No i co z te­go, kur­wa mać, że se jebłem ko­lejną szny­te!
Nad skraw­kiem światła
z nożem przy dłoni
sen­ne marze­nia pi­sał na ja­wie
na pla­nie elip­sy
przy sta­rym do­mu
w sza­rej poświacie
ktoś stał nie cze­kając
Chodzi so­bie kur­wa ner­wo­wo, ta­ki de­bil, w te i z pow­ro­tem, na­wet fai nie pa­li, wygląda na trzeźwe­go, huj go wie, kto to - ja­kaś wty­ka psiar­ni, czy huj?... Grzech go nie za­jebać!
Zeb­ra­liśmy pakę typków, go­towych ro­zeg­rać mecz pa­lan­ta - współczes­ne­go "beys­bo­la". No i kur­wa do te­go gościa. On nie przy­mie­rzając, ja­kiś psychol - na­wet nie ucieka, nic nie ga­da, tyl­ko stoi jak ten kołek.
My mu drogę z le­wej
My mu drogę z pra­wej
uno­simy się w zachwy­cie
uno­simy się w zachwy­cie
On upa­da od podzi­wu!!

 
"Ja­ki pol­ny jest ten ko­nik, ja­ka leśna ta ja­goda? Nig­dy bym nie uwie­rzył - gdy­bym nie zo­baczył!"


Gdy­by pa­jac coś po­wie­dział - coś dorzu­cił od nie­chce­nia, próbo­wał się bro­nić, błagał nas o li­tość - a tu Ci nic, i nic, i ze­ro - wskazówka ani tknie, na­wet myśli brak... No to w ty­pa ki­jami i du­pek leży! Te­raz se do­nuś su­kom szcze­niaku!


Od­reago­wując na­pięcie wyt­worzo­ne i tę za­jebistą ad­re­nalinę, udałem się z kum­pla­mi do bur­de­lu!
Dziw­ki za­jebis­te! Po pros­tu "miś po­lisz com pl kla­sic" w sta­niczkach z ko­ronką białą. Ala dziewiętnaście, Ola dwadzieścia dwa, Mo­nia trzydzieści je­den. Bra­kuje tyl­ko siedem­nastek - więc ja do bur­del ma­my z prośbą nadzwyczajną i życze­niem klien­ta Pa­na:
- zgrabną blon­dy­ne, biust piątka, włosy długie kręco­ne - nie loczki,syl­wetka szczupła, metr siedem­dziesiąt trzy wzrost, wiek - lat siedem­naście.


A tu Ci bur­del ma­ma - ni ma, no ni ma i już.


Wpadłem w szał, krew napływa mi do kie­sze­ni, cho­lera mnie bie­rze, myślę so­bie - jak to?? sza­nujący się so­bot­ni bur­del, żeby nie miał siedem­nas­tki do wy­piep­sze­nia?? o NIE!!! Już go­towy do bo­nanzy Vi­netu - aż tu w drzwiach sta­je Ona. Z sza­firo­wym spoj­rze­niem w oku, is­kierką na­miętności na po­liczku i czer­wo­nym ru­mieńcem na... pier­siach. Poślad­ki jędrne zgrab­ne, zwin­ne, smagłe - Słowian­ka, ty­powa Słowian­ka - or­lo­nosa i smagła - o czys­tych ry­sach twarzy, włosy długie he­ban - imię niczym Ewa...n


Nie chciała się przed­sta­wić. Pew­nie z po­wodu wrodzo­nej nieśmiałości. Usiadła, zap­ro­pono­wała kawę - po­myślałem "wa­riat­ka", - kto o dwudzies­tej czwar­tej w so­botę pi­je kawę, - ale z jej ust tak uroczo to zab­rzmiało, że pos­ta­nowiłem złamać od wielu lat piętrzo­ne i wyz­na­wane za­sady i na­pić się w so­botę ka­wy - pil­nując przy tym oczy­wiście aby kum­ple nie przyuważyli, - bo brecht byłby do końca dni na tym świecie ze mnie. Józek pi­je kawę; ha,ha,ha - miałbym prze­jeba­ne. Wy­piliśmy jeszcze z pięć fi­liżanek i ze dwie her­ba­ty - pier­wszy raz - daję słowo - pier­wszy raz w życiu urżnąłem się her­batą - ka­ca leczę do dzi­siaj...


Piękna przyszła, - co od­da plon szcze­rozłoty
jej piękne po­liczki i nab­rzmiałe us­ta
wys­tygłe od ra­mion pie­szczo­ty
Fru­wają niczym śmigłe spa­dochro­ny
pragnące "naj­szczęśliw­sze­go zgo­nu".
Ale cóż faj­nie się piep­rzy i piep­rzyć można w nies­kończo­ność - na­wet rosół przyp­ra­wiony zbyt nie sma­kuje tak jak po­winien sma­kować. Kom­bi­nuję jak pa­nienkę de­likat­nie puknąć - widzę że pan­na świeża, kto wie może dziewi­ca, więc trze­ba de­likat­nie. - ale kur­wa de­likat­nie to nie ja. Więc mówię wprost - "choć na sian­ko, zro­bimy ruchan­ko!" Za­rumieniła się, ale tak uroczo i na­sien­nie, że nie za­pomnę tych ru­mieńców do końca życia. Tak mnie te ru­mieńce pod­nieciły... - że wyt­rysk na­tychmias­to­wy! Nie, te­go już za wiele! - myślę - piękna pan­na - góra osiem­nas­tka, a tu ci ta­ki los - na sam ko­lor po­liczków, sper­my w hu­ju nie ma!! "Kur­wa je­go w piz­de mać, niech wszys­tkich al­fonsów, Le­perów, Le­serów, La­serów, Mi­lerów szlag tra­fi! Pier­do­lona ka­wa! Pier­do­lona her­ba­ta! Pier­do­lona so­bota!!"

-"Huj wam wszys­tkim w dupę - wsadźcie so­bie te wyt­ryski gdzieś!"

Dziew­czy­na słysząc to wsta­je, głaszcze mnie po ra­mieniu i pro­ponu­je per­sen, al­bo me­lisę i mówi, że mu­si iść, bo późno się zro­biło. Mi nie do śmie­chu, spod­nie mok­re, a sma­ku i wo­ni jej piz­dy nie poczułem - nie spełniona chuć we mnie wzras­ta, żeg­nam ją słowa­mi - "spier­da­laj!" U mnie to nor­ma, zaw­sze jak pannę tak żeg­nam, każe zwa­lić mi gruche i sie roz­sta­jemy w przy­jaźni i zro­zumieniu. - A Ona Ci mówi "dob­ra­noc". "ko­loro­wych snów". "zbliż głowę do po­duszki, niech Ci się przyśnią dob­re duszki!"


Nag­le wpa­da Zdzichu i chwa­li się swoim pod­bo­jem, jak to stukną sek­sowną Izę, po nim He­niek i Mun­dek - ja nie mogę ner­wo­wo - więc szał - nic nie ma! Szkło, techno - mu­za, techno. BUM!!! I po im­pre­zie!.
Noc ciem­na jak na tę porę ro­ku, deszcz dżdżys­ty stu­ka w me ok­no, w sąsied­niej wios­ce ty­pek spa­lił sto­dołę i dzieci płaczą dość głośno.
A ja nic, śpię, głowa do po­duszki! W per­spek­ty­wie po­ran­ne­go odurze­nia - BU­DA! I zno­wu No­wako­wa zacznie pier­do­lić far­ma­zony o nieśmier­telności wie­szczów kla­sycznych, od­rodzo­nej Młodej Pol­ski: Słowiański, Nor­blim, Miśkiewicz - a dziady to ja znam, znam - mówię - Wołomin i Pruszków zeb­ra­li się i zaczęli na­pier­da­lać, Wołomiński dziad górą - część pier­wsza - była jeszcze dru­ga i trze­cia - cze­kamy na czwartą i ko­lej­ne! A ona piep­rzy, że "Dziady" na­pisał wie­szcz, mnie mało co nie roz­sadzi z brechtu - bo dzia­dzia znam - i czy to wie­szcz to nie wiem?! - kiedyś coś tam przy pi­wie skreśli w im­pro­wizac­ji słow­nej:
"źle się kur­wa na tym świecie dzieje,
piz­da pęka krew się le­je!"
Ale te­go nie znałem u Miet­ka­siewicza, - daję słowo, wkle­pałem od dechy do dechy wie­szcza! Brecht, mak­sy­mal­ny brecht.
Pier­do­liła kiedyś coś o szy­nach z Bo­ru, o których rze­komo Wi sława in­te­ligen­cji w Pol­sce, oraz o miłym Stwoszu - z Wil­na czy Lwo­wa - s skroił bańkę dwieście ty­sięcy baksów za całok­ształt - cze­go, niewiem?! Ja żeby taką kasę skroić, muszę nieźle na główko­wać, ko­go wy­sadzić w po­wiet­rze - a On pisze o lecących w przes­tworza nieświado­mych
Poetach smut­ku ho­lokaus­tu
Gdzie nad RUINĄ porzu­cony?----- Głaz
biały płacze zem­stą Piastów.
O tan­kach, ban­kach, fi­liżan­kach - potłuczo­nych gdzieś dla dra­ki. O morzach, la­sach, no i chwas­tach, niez­na­nym ludziom - ludzkie bra­ki.
Wle­piam wzrok co dzień po­za ściany - "nicze­go nie żal prócz por­ce­lany! - [ziomom żal szkła po im­pre­zie!]
O końcu świata wizję tworzy, ko­biet ciężar­nych, ja­jek na twar­do. Dnia codzien­ne­go pożal się Boże - wiąże znów jedną czarną ko­kardą.

Po pros­tu "piękne" mówię skroś życiu
kur­wa dziś jes­teś, że bar­dzo miło
do­syć na­miętne, bar­dzo słowiczo
ciekaw znów jes­tem, co Cię zrodziło
Będę Ci się, przy­poda­biać, przy­pochle­biać - włazić w dupę.
Zaw­sze pier­wszy Ci się skłonię i z po­korą na ob­liczu!

Słucham wy­wodów mi­mo, niewy­dyma­nej pro­fesor­ki po czter­dzies­tce, gdzie me­no za pa­sem i pauza po przer­wie!... lek­cji życia lo­su, świata. I rodzi się w myśli widze­nie ucznia chcące­go dob­ra ko­legów - myślę ----- czy nie??....
Daw­niej psot­nik i chu­ligan, dziś sa­mot­nik
daw­niej z wiedzą był na ba­kier, dziś myśli­ciel
coś tam chodzi mu po głowie - gdy nie widzą aniołowie
coś maj­stru­je, lecz czy o tym nam opo­wie...

Zro­bię ta­kiego coś, że bum.
I cze­go nikt się nie spodziewa,
Ja chcę wol­ności, sa­modziel­ności
i pe­wien po­mysł mi doj­rze­wa.

Chcę sam poszu­kać dro­gi swej,
do­syć sztur­cha­nia i rządze­nia.
Życia mo­zołów - trudów aniołów.
TO WSZYS­TKO JEST DO WY­SADZE­NIA!!!
BUM.
Chwy­tam ko­mure i do dy­ra:
Bom­ba wy­buchnie trzy­nas­ta dwadzieścia,
bom­ba wy­buchnie trzy­nas­ta dwadzieścia,
bom­ba wy­buchnie trzy­nas­ta dwadzieścia.
Te­raz ma­my trzy­nastą szes­naście.
Niektórzy zdążą jeszcze wejść.
Niektórzy wyjść.

Ter­ro­rys­ta już przeszedł na drugą stronę.
Od­ległość go chro­ni
i wi­dok jak w ki­nie:

Bom­ba wy­buchnie trzy­nas­ta dwadzieścia,
bom­ba wy­buchnie trzy­nas­ta dwadzieścia,
bom­ba wy­buchnie trzy­nas­ta dwadzieścia.

Ko­bieta w żółtej kur­tce, ona wchodzi.
Mężczyz­na w oku­larach, on wychodzi.
Chłopa­ki w dżin­sach, oni roz­ma­wiają.
...........­....................­....................­..........
Trzynasta siedem­naście i czte­ry sekundy.
.­....................­....................­....................
Ten niższy to ma szczęście i wsiada na sku­ter,
ten wyższy nie ma szczęścia ten wyższy wchodzi.

Bom­ba wy­buchnie trzy­nas­ta dwadzieścia,
bom­ba wy­buchnie trzy­nas­ta dwadzieścia,
bom­ba wy­buchnie trzy­nas­ta dwadzieścia.
...............­....................­....................­..........
Trzynasta siedem­naście i czter­dzieści sekund.
.....­....................­....................­....................
Dziew­czy­na, ona idzie ze wstążką we włosach.
Tyl­ko że ten auto­bus nag­le ją zasłania.
............­....................­..........
Trzynasta osiem­naście.
......­....................­...............
Już nie ma dziew­czy­ny.
Czy była ta­ka głupia i weszła, czy nie,
to sie zo­baczy, jak będą wy­nosić.
................­....................­..........
Trzynasta dziewiętnaście.
...........­....................­...............
Nikt ja­koś nie wchodzi.
Za to wychodzi je­den gru­by łysy.
Ale tak, jak­by szu­kał cze­goś po kie­sze­niach i 
wra­ca po te swo­je mar­ne ręka­wiczki.
......­....................­....................­...............
Jest trzy­nas­ta dwadzieścia!

I szlak tra­fił przy­bytek zszar­ga­nych nerwów - po wszel­kich erach nie obec­ności, za wszys­tkie cza­sy i wszys­tkie glo­ny - za ja­mochłony i nieboskłony - tak właśnie te­raz, do krwi i kości!
"Tak jak z wzniesionym nag­le łbem - pat­rzy war­czące zwa­ne PSEM!"
...i w kaj­da­ny, i za kra­ty, w kon­wo­ju opan­cerzo­nym, na syg­na­le - wiezie mnie psiar­nia pełna suk na kry­minał.
Du­ma roz­piera wy­raz mo­jej twarzy,
zda­je mi się że wrócę tu jeszcze. Mam prze­cież kur­de o czym marzyć...
I słyszę wy­rok, jak z jas­ne­go nieba.
"Dwadzieścia pięć lat" poz­ba­wienia wol­ności!
Zadrżała dla mnie cała ziemia.
Runą ol­brzy­mi mur - mur młodości!
I jeszcze sędzia uza­sad­nia, swój wy­rok gro­mu jak z jas­ne­go nieba.
Te­raz jak ten kołek błogi, cze­kam kla­wisza, szóstej ra­no.
Pa­miętam jak mnie wiodły dro­gi, gdy in­nych moc­no cwe­lowa­no.
Wspo­minam ludzi pałujących, pa­miętam jak ja sam pałował - te­go fir­cy­ka z no­cy ciem­nej, co drogą światła podróżował. Jak wielu kum­pli nie poz­nałem, w człowieku tym miłości Bożej i sam go dum­nie pałowałem - gwoździe w ra­miona bijąc srożej!
On za­wisł cichy
niep­rzer­wa­ny
i nie szu­kając dla się tro­nu
przez nas tak nie zro­zumiany
niepot­ra­fiący od­dać plo­nu.

Za­wisł biedaczek na Gol­go­cie
a my go dziś nie poz­na­jemy
chodzi jak piel­grzym cały w błocie
a my ki­jami go le­jemy!

Nad dachem wzgórza, ra­mion drzew,
nie wiedząc pat­rzą znów piel­grzy­ma
A w am­pli­tudzie kry­je się,
ol­brzy­mia miłość - do ol­brzy­ma.
Do słów rzu­canych mi­mo wo­li
pro­zy in­ternet co­raz głup­szej.
Dokąd nas za­wiodą dro­gi?,
tej pus­tki większej - co­raz pus­tszej!
Ury­wa sza­rość się dość sza­ra
na drodze raj­skiej przeis­tocze­nia.
Czar­na na klap­ki zachodzi ma­ra,
ze światem brak­nie po­rozu­mienia!!!

A to niewieście do­syć błogie - te­go lo­kalu w "noc pur­pu­ry", gdzie po wyb­ry­kach znów z kum­pla­mi, szu­kałem dla się kon­kret­nej dziury...
To jaw­na bliz­na światła w oczach.
To jaw­na biel dziś niedostępna­...
..............­....................­....................­..............
Jak przeźroczys­tość dnia, nie do za uwarze­nia.
Ma ry­sy pow­szed­nie - niewielu ją widzi.
I nieliczni strzegą.
A w Kra­kow­skiej kap­li­cy zak­ra­towa­na,
Róża poetów duchow­na,
do­rad­czy­ni Kar­dy­nała Wo­jtyły!
..........­....................­....................­................
W jej spoj­rze­niu czu­jemy ser­ce aż przyj­dzie czas żni­wa
na jej ugo­rach, kiedy brze­mien­na kłos pełen wy­da
na żer nasze­go głodu.

Stąd łzy mo­je i kwiaty kładę przed kutą kratę - 
kiedy­kol­wiek Ciebie wspo­minam z SA­BATU!!

Spo­wiedź więzien­na:
- "Wszys­tko do nas mówi, wszys­tko klęczy i błaga - a my co­raz da­lej, nie pot­ra­fiąc od­czy­tać znaków. Od­czy­tuje­my błędne prze­kazy - błędny­mi śledząc oczy­ma.
Ty­le czys­tości na świecie, ty­le piękna, łączności przepływu przy­rody. Po­pat­rzmy przez chwilę w le­cie na pasące się zwierzątka, na roz­kołysaną trawę, na lecące białe me­wy pod­czas kra­job­ra­zu morza, jak to wszys­tko dzięku­je Bo­gu za stworze­nie - za to że może egzys­to­wać na świecie. A my mający władzę nad życiem i śmier­cią, pot­ra­fiący, kiedy chce­my odeb­rać i począć życie, nie pot­ra­fimy w uf­nej mod­litwie za to wszys­tko podzięko­wać, - bo po co?...
Wszys­tko na świecie od Bo­ga pochodzi, w nim ma swój początek i ko­niec, na­wet nie zaz­drości, nie szu­ka pok­lasku, [po­kus i za­kus niep­rzy­jaz­ne­go ducha można od­czy­tać Boży prze­kaz miłości.] która i cier­pli­wa, i łas­ka­wa jest. Miłości, która nie uno­si się pychą, nie pa­mięta złego, nie cie­szy się z nies­pra­wied­li­wości, - lecz w spół we­seli się z prawdą. Miłości, która wszys­tko zno­si, wszys­tkiemu wie­rzy, we wszys­tkim pokłada nadzieję, miłości - która wszys­tko wyt­rzy­ma.
Bo cho­ciaż bym cały świat po­siadł we włada­nie a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca, al­bo cym­bał brzmiący, w które­go można wa­lić i który od­czy­tuje ta­kie dźwięki, ja­kie się gra na daną chwilę - cza­sami czys­te, chwi­lami fałsz. Tak sa­mo jest z od­czy­tywa­niem znaków, ja zro­zumiałem to za późno, mi­jając na swo­jej drodze piel­grzy­miej przez dwadzieścia pięć lat swo­jego życia, wszys­tkich świętych, którzy da­wali dro­gow­ska­zy NIE ZA­BIJAJ! NIE KRAD­NIJ! CZCIJ SWYCH RODZICÓW BO DA­LI CI ŻYCIE! Wo­lałem uderzyć w gwałt po­nad trzys­ta ra­zy i mord na zle­cenie około dziewięćdziesięciu trupów, plus wy­sadzo­na w po­wiet­rze szkoła.
Nie dbałem o to, że ten gru­by łysy; to pro­fesor po czter­dzies­tce od his­to­rii, mający na ut­rzy­maniu żonę i trójkę małych dzieci. Nie ob­chodziło mnie, że ta młoda dziew­czy­na osiero­ci dwu let­nie i ośmiomiesięczne dziec­ko. Al­bo za chłopa­kami w dzin­sach będzie płakać mat­ka. Nic mnie nie ob­chodziło, na­wet ja sam siebie nie ob­chodziłem. Chodziło o to, aby ka­sa była, można było so­bie z dziew­czyn­ka­mi ulżyć, i ko­goś dla dra­ki, i pod­trzy­mania ad­re­nali­ny w męczar­niach - ska­sować. Bar­dzo in­te­reso­wało mnie zaw­sze, co ta­ki de­lik­went czu­je, gdy zbliża się śmierć.
Ja te­raz wiem. Na tydzień przed egze­kucją czuję, spokój prze­wez­bra­ny obłoków i zórz, wszys­tko klęczy i błaga a świat co­raz da­lej, o nie wra­ca życie, nie wra­caj nig­dy już - złóż dłonie za mod­litwę za wszys­tkich którzy Cię po­kocha­li.
Wiem, że nie każdy był tak spo­koj­ny jak ja. Większość de­natów czuła prze­rażenie, bała się. Ja się cieszę, że wreszcie będę mógł zo­baczyć tę miłość, tę siłę, która po­wołała mnie z ni­cości do is­tnienia. i zno­wu z is­tnienia do ni­cości!

...Była to naj­bar­dziej wzruszająca spo­wiedź w dziejach kościoła ka­tolic­kiego - człowiek żyjący w grzechu od zaw­sze, na tydzień przed śmier­cią zaczy­na się mod­lić, od­najdu­je Bo­ga, na usil­ne błaga­nia księdza - spo­wied­ni­ka, od­raczają mu egze­kucję, kapłan sta­ra się o zmianę ka­ry śmier­ci, na dożywot­nie więzienie - i uda­je mu się - po­zos­ta­je tyl­ko mały szczegół - głos ska­zańca, który sta­now­czo od­ma­wia!

 

W dniach dzi­siej­szych trwa pro­ces beaty­fika­cyj­ny gościa, na Wa­tyka­nie. Roz­poczęty jeszcze przez już święte­go Ja­na Pawła II w ro­ku 2003.

0868a18b46daa1ddf6e1917e72db601f.jpeg

Komentuj(1)

-------------------------------------------------------------------


Wątki:

Moja ostatnia proza

Moje książki

Moi przyjaciele

Moje linki

Licznik

Odsłon: 977
Osób: 931
Blog granice.pl. Ta strona jest nieoderwalna częścią serwisu www.granice.pl właściciela firmy W&w. 2008-2017