Szary świat nie ma sensu. Wywiad z Grzegorzem Gajkiem

Autor: Sławomir Krempa
Okładka publicystyki dla Szary świat nie ma sensu. Wywiad z Grzegorzem Gajkiem z kategorii Brak kategorii

– Opowieści o ratowaniu świata to tak naprawdę opowieści o porządkowaniu go, o nadawaniu mu na nowo sensu. Szary świat nie ma sensu – potrzebujemy wierzyć, że gdzieś mimo wszystko istnieje jakaś czerń i jakaś biel. Mogą tego dowieść jedynie istoty, które nie mają na to wcale ochoty. W obliczu nieskończonej złożoności i bezwładu wielkiej polityki czarne lub białe może być już tylko zachowanie żołnierza w okopie albo hobbita w zaklętym lesie – mówi Grzegorz Gajek, autor powieści Strażnicy Starego Lasu. Biała Wieża. To opowieść o grupie niezwykłych istot – leszych, skrzatów, mówiących zwierząt, a także ludzi, którzy wspólnie postanawiają odkryć tajemnicę powstawania przeklętej mgły. W niej budzi się zło, zagrażając światu, w którym bohaterowie żyją. 

Fantasy czy science fiction?

Bez różnicy. Moja fascynacja fantastyką i literaturą w ogóle zaczęła się od powieści z uniwersum „Gwiezdnych wojen”, które zręcznie łączą klasyczne elementy baśniowe, mitologiczne i legendarne, wcześniej już z powodzeniem przeniesione do fantasy choćby przez Tolkiena, z futurystycznymi rekwizytami. Oczywiście moglibyśmy tutaj rozpocząć długą dyskusję o kanonach literatury gatunkowej, o granicach, podziałach, wyznacznikach, ale osobiście nie widzę w takich rozważaniach zbyt wielkiego sensu. Jednym z najważniejszych zadań fantastyki jest zaspokajanie głodu niesamowitości. To nie zmieniło się od wieków. Tysiąc lat temu wikingowie opowiadali sobie niestworzone bajędy, w których Aleksander Wielki walczył z trollami i nikogo takie zderzenie światów nie dziwiło.

A stąd już tylko krok do opowieści grozy… Na przykład dla młodzieży.

Najstarsze opowieści fantastyczne traktują przecież o duchach. Jeśli weźmiemy pierwszą księgę Tolkienowego Władcy pierścieni i dobrze jej się przyjrzymy, to wyjdzie nam, że to też jest historia grozy. Hobbici uciekają przecież przed upiorami przez mroczny, zaklęty las, a potem lądują uwięzieni pod kurhanem.

Ludzie, tak w ogóle, lubią się bać, a już dzieciaki zwłaszcza.

Kiedy zaczynałem pisać, jeszcze jako nastolatek, w pierwszej kolejności sięgnąłem po s-f, gdyż wydawało mi się najpoważniejsze. Po jakimś czasie zorientowałem się jednak, że moim kolegom dużo bardziej podobają się historie z dreszczykiem i że straszenie ich wychodzi mi nie najgorzej. I tak mi już zostało, niezależnie od tego, czy piszę horror gatunkowy, steampunk czy młodzieżowe fantasy.

Ale, wie Pan, żeby tak bezczelnie dzieci straszyć. Jeszcze jakieś horrory im się w nocy będą śniły... 

E tam. Oswajanie strachu jest zdrowe. A, tak szerzej patrząc, mam czasem wrażenie, że przed zbyt wieloma rzeczami próbujemy dzieciaki osłaniać. Zapominamy o tym, że są dokładnie tak samo inteligentne jak dorośli, a jedynie mniej wiedzą. Naprawdę są w stanie sobie poradzić i z tematami trudnymi, i strasznymi, choć oczywiście w literaturze szukają przede wszystkim rozrywki – tak samo jak starsi czytelnicy.

Czy autor powieści grozy czegoś się boi?

Wielu rzeczy. Autor, tak się składa, jest nieco łudialeniczny z natury. Ale tak naprawdę zawsze najbardziej przerażali mnie ludzie. Jest to, skądinąd, sentyment podzielany przez bardzo wiele spośród moich koleżanek i kolegów po piórze. Jeśli się nad tym zastanowić, to najstarsze historie o duchach i demonach wzięły się właśnie z niemożności pogodzenia się z tym, jakich potworności potrafią się dopuścić nasi bliźni. To coś, co wywodzi się jeszcze z mentalności plemiennej. Jeśli w małej osadzie, w której wszyscy wszystkich znają, ktoś nagle, ni z tego, ni z owego, morduje całą swoją rodzinę, to przecież nie sposób uwierzyć, że zawsze był taki zły, a my podawaliśmy mu rękę, pożyczaliśmy grabie itd. Nie. Najwyraźniej coś go opętało.

A nie boi się Pan końca świata, do którego mamy szansę dość łatwo doprowadzić? 

Nie wiem, czy aż tak nam będzie z tym łatwo.

Nie jesteśmy tak potężni, jak nam się zdaje.

Wierzę, że Ziemia ciągle może się przed nami bronić, może nas też zniszczyć jak organizm zwalczający infekcję. Choć tutaj, oczywiście, dochodzimy do problemu semantycznego: dla wielu koniec ludzkości jest równoznaczny z końcem świata. Ja zapatruję się na to inaczej, kołowrót dziejów obraca się nieustannie. Co nie znaczy, że przemijanie nie wzbudza we mnie smutku czy strachu.

Bo Strażnicy... mają w sobie przesłanie ekologiczne.

Można tak powiedzieć, choć musimy tu trochę uważać na słowa.

Kiedyś mówiło się o bliskości i szacunku wobec przyrody, dzisiaj o ekologii? 

Ekologia na pewno stała się modnym hasłem i jak każde modne hasło spuchła od mnogości znaczeń. W swej najbardziej podstawowej istocie jest to wiedza o świecie, o przyrodzie, o panujących w niej związkach i zależnościach. W tym sensie Strażników… można by nazwać powieścią o przesłaniu ekologicznym, ponieważ starałem się zafascynować czytelnika bogactwem natury, mnogością różnorakich form życia, delikatną równowagą, jaka między nimi panuje. Nie jestem jednak przyrodnikiem. Nie próbowałem nikogo uczyć, a jedynie przekonać, że są rzeczy, których nauczyć się warto. Zatem tak naprawdę nie poruszałem się w sferze ekologii, tylko naiwnej miłości do lasów, jezior i gór, którą mam nadzieję zarazić też młodzież.

Inne znaczenie, jakie przypisuje się zaprzątającemu nas hasłu, to walka o ocalenie przyrody. A jeśli walka to z kim? No, z ludźmi oczywiście. Tyle że ludzie też są częścią przyrody. Dlatego Lelek, jeden z tytułowych strażników Starego Lasu, przed walką się wzdraga, szuka wyjścia pokojowego, kompromisu, odmawia krzywdzenia innych żywych istot. Czy postępuje słusznie? A może ta jego swoista bierność to przepis na katastrofę? Nie mnie oceniać. Parafrazując słynne powiedzonko: ja tu tylko piszę.

Strażnicy... to także opowieść o strachu przed zmianami, przed tym, co nowe? 

Nie. A przynajmniej nie do końca.

Strażnicy Starego Lasu to bardziej opowieść o strachu przed przemijaniem. Sęk oczywiście tkwi w tym, że rzadko można mieć coś nowego, nie tracąc czegoś starego.

Po lekturze Pańskiej książki można by było powiedzieć, że na pewno autor powieści grozy boi się mgły... 

W żadnym razie. Uwielbiam mgłę.

Jak Stephen King?

King, jak wielu autorów grozy, posługuje się mgłą i wychodzącymi z niej upiornymi stworzeniami narzędziowo. To tylko pretekst, by zastanowić się, jak ludzie zachowają się w ekstremalnej sytuacji. Dopiero odpowiedź na to pytanie – a nie sama mgła – budzi strach.

Coś jeszcze „podłapał” Pan od autora uważanego za króla grozy? 

King jest pisarzem paradoksalnym, przynajmniej z punktu widzenia rynku polskiego. Jego książki sprzedają się świetnie, a mimo to powiedziałbym, że jest niedoceniany. To znakomity gawędziarz, obdarzony nieprawdopodobnym wyczuciem i zrozumieniem języka. Od kilkudziesięciu lat tworzy żywą kronikę kultury amerykańskiej postrzeganej poprzez język właśnie. Niestety, dużo z tego ginie w przekładzie. Rzecz jasna nie wszystkie jego powieści są udane, lecz i tak sporo można się od niego nauczyć. Przede wszystkim szacunku do czytelnika. Komunikat nie musi być skomplikowany, aby mieć wartość, za to nawet najbogatsze przesłanie staje się nic niewarte, jeżeli nie dociera do odbiorcy. To coś, z czym my w Polsce wciąż mamy duży problem: albo budujemy zamki literackiego elitaryzmu, albo popadamy w prostactwo. King jest pisarzem złotego środka, rozumie konieczność realizmu, ale nie kosztem dramaturgii, czujnie słucha i obserwuje, aby tworzyć historie, które będą do nas przemawiały, a jednocześnie zmuszały nas do wyjścia o te pół kroku poza swoją strefę komfortu.

Skoro przy wielkich mistrzach jesteśmy, niektórzy mówią, że fantastyka zaczyna się od Tolkiena i na Tolkienie kończy....

Fantastyka towarzyszy ludzkości od zarania dziejów. Tolkien nie stworzyłby Hobbita czy Władcy pierścieni, gdyby nie długa tradycja fantastycznych opowieści a to z cyklu arturiańskiego, a to ze skandynawskich sag, a to z innych źródeł. Oczywiście siła jego twórczości miała decydujący wpływ na ukształtowanie dzisiejszego kanonu literatury gatunkowej znanej jako fantasy. Ale sądzę, że Tolkienowe dzieła nie zapisałyby się tak wyraziście w kulturze, gdyby nie kontynuowały i nie odświeżały schematów epickich, których zawsze potrzebowaliśmy i pragnęliśmy.

Kolejnej powieści o ratowaniu świat przez istoty, które zupełnie nie mają na to ochoty, potrzebujemy, żeby raz jeszcze schematy te odświeżyć i dostosować je do oczekiwań współczesnych odbiorców? 

Opowieści o ratowaniu świata to tak naprawdę opowieści o porządkowaniu świata, o nadawaniu mu na nowo sensu. Dzieje ludzkości są wielką sinusoidą; ludzki kosmos zdaje się co chwila wypadać z równowagi i ją odzyskiwać. Tolkien odżegnywał się od traktowania Władcy pierścieni jako alegorii drugiej wojny światowej, ale takie porównanie było nieuniknione, gdyż wojna sprawiła, że zupełnie pogubiliśmy się w odcieniach szarości. A szary świat nie ma sensu – potrzebujemy wierzyć, że gdzieś mimo wszystko istnieje jakaś czerń i jakaś biel. Mogą tego dowieść jedynie istoty, które nie mają na to wcale ochoty.

Czytaj także: W jakiej kolejności czytać Tolkiena?

W obliczu nieskończonej złożoności i bezwładu wielkiej polityki czarne lub białe może być już tylko zachowanie żołnierza w okopie albo hobbita w zaklętym lesie.

Inaczej niż u klasyków gatunku, kobiety nie pełnią w Pańskiej książce wyłącznie roli „kwiatka do kożucha” dla silnych i dzielnych mężczyzn. 

Historie o ratowaniu świata powstają od wieków i będą powstawać dalej między innymi dlatego, że wymagają ciągłego uaktualniania, tłumaczenia na język współczesności. Dotyczy to zresztą wszelkich opowieści zakorzenionych w mitach. Czy Avengersi nie są w pewnym sensie opowiedzianą na nowo Iliadą? Czy w Wojnie bohaterów nie pobrzmiewają echa gniewu Achillesa? Zmieniła się wrażliwość odbiorców i zmienił się język. Tolkien, pisząc Władcę pierścieni, adresował go do chłopców, bo w tamtych czasach uważano, że powieści przygodowe są dla chłopców. Dziś, całe szczęście, to się zmieniło. Poza tym obserwacje królestwa zwierząt uczyniły ze mnie feministę. W naturze to samice na ogół przewodzą stadu, odpowiadają za utrzymanie struktur społecznych. Mówiąc krótko:

Jeżeli historia ma opowiadać o przywracaniu sensu i równowagi w świecie, to nie sposób jej napisać bez silnych postaci kobiecych. Chłopy zwyczajnie nie wydolą.

Na tym różnice się nie kończą – świat Pańskiej powieści jest wyraźnie inny niż świat większości powieści fantasy. Dość rzec, ze nawet jeśli fantastyczne istoty nazywane są takimi słowami jak u Tolkiena, to wyglądają nieco inaczej lub mają inne cechy. 

Zależało mi na tym, aby nadać mojej opowieści słowiańskiego kolorytu, żeby była zrozumiała dla każdego czytelnika – niezależnie od tego, z jakiej kultury się wywodzi – a jednocześnie nie poddawała się anglosaskiemu dążeniu do całkowitej jednorodności. Na słowiańską fantasy powoli robi nam się chyba moda, ale na razie dominują dwa trendy – pseudohistoria z jednej strony, a beletryzacja mitów z drugiej (albo w formie opowieści mitologicznych w typie Darów bogów Witka Jabłońskiego, albo powieści przygodowych, w których bohaterowie z naszego świata w taki czy inny sposób stykają się z istotami mitycznymi). Ja zaś chciałem nie tyle odtworzyć świat wierzeń naszych przodków, ile raczej zbudować w pełni alternatywne uniwersum przesiąknięte duchem słowiańszczyzny. Tak jak to zrobił Tolkien. Ostatecznie we Władcy pierścieni Thor czy Belenos nie przechadzają się po Śródziemiu, a elfy tylko w ogólnych zarysach przypominają znane nam ze skandynawskich sag alfy.

Zastanawiał się Pan nad przyczynami tej mody na słowiańszczyznę? 

W całym zachodnim świecie trwa obecnie kryzys tożsamości. Wbrew temu, co się często powtarza, nie wynika on z naporu kultur islamskich, z którym mamy do czynienia z większą bądź mniejszą intensywnością od setek lat. Przyczyny są złożone i długo by o tym pisać. W Polsce nie bez znaczenia pozostaje chociażby głęboka i skomplikowana bessa czytelnictwa – literatura nadal stanowi jeden z najważniejszych nośników kultury, a my chwilowo jakoś się od niej odwróciliśmy. W każdym razie niepewność odnośnie do własnej tożsamości powoduje w nas uczucie zagrożenie i niepokoju. Część z nas reaguje agresją, co jest bezproduktywne. Inni próbują zrozumieć, kim są i skąd się wywodzą. To droga trudniejsza, bo czasami godzimy się na przyjęcie namiastek tożsamości, które wcale nie pomagają, i znów wracamy do agresji.

Wierzę, że prawdziwe poznanie samego siebie, pogodzenie się z tym, co nas różni i co nas czyni podobnymi do siebie nawzajem, to pierwszy krok do dialogu i akceptacji innych kultur.

By te korzenie odkryć, by lepiej słowiańszczyznę poznać i zrozumieć, najlepiej przeczytać…

Dary bogów Witka Jabłońskiego, o których już wspomniałem, to znakomity punkt wyjścia dla wszystkich, którzy chcą bliżej zapoznać się z mitologią słowiańską, gdyż poza zbeletryzowanymi opowieściami mitologicznymi zawiera też bardziej naukowe komentarze, stanowiące swoisty przegląd najbardziej wartościowej literatury w tym temacie. Nie sposób pisać też o wierzeniach słowiańskich, nie zapoznawszy się z Mitologią słowiańską Aleksandra Gieysztora. Duży wpływ miały też na mnie książki i artykuły Artura Szrejtera oraz Władysława Duczko, którzy badali kulturowe implikacje zderzenia żywiołu słowiańskiego ze skandynawskim.

Mgła, o której rozmawialiśmy w kontekście Stephena Kinga, też jest chyba trochę słowiańska w duchu?

Dla dawnych Słowian, podobnie jak dla innych kultur preindustrialnych, wszelkie przemiany zachodzące w świecie przyrody miały wymiar magiczny. Poza wąską banieczką światła rzucaną przez domowe ognisko zaczynał się świat bogów i duchów. Nic więc dziwnego, że mgła – nadpływająca bądź to od lasu, bądź od bagien – poruszała wyobraźnię i budziła niepokój. Słowianie przypisywali jej jednak szczególny charakter – uważali ją za materię, z której składają się nadprzyrodzone istoty. Mgła sprzyjała zatem rzucaniu zaklęć oraz wróżbom. Należało jednak uważać, gdyż nigdy nie było do końca wiadomo, co się za nią kryje.

Jest w Pańskich książkach i historia, choć – prawdę mówiąc – to, że w powieści mamy echa teorii o pochodzeniu Słowian odkryłem dopiero dzięki Pańskiemu wpisowi na Facebooku. Jest takich „smaczków” więcej? 

Jak wspominałem, są to echa odległe, bardziej mityczne niż historyczne. Ludzie w mojej powieści noszą imiona słowiańskie i funkcjonują w quasi-słowiańskiej kulturze, ale nie są przodkami Polaków czy Czechów, podobnie jak u Tolkiena hobbici czy mieszkańcy Gondoru nie mają nic wspólnego z Anglikami. Co nie znaczy, że nie wplotłem w tekst innych inspiracji historycznych. Sięgnąłem chociażby po wątek skandynawskiej penetracji ziem słowiańskich – stąd żyjące na Pojezierzu karły. Zawsze interesowały mnie też różne detale z codziennego życia we wczesnym średniowieczu, dlatego w tekście poświęciłem nieco miejsca opisom strojów, sposobom przechowywania jedzenia czy ekwipunkowi podróżnemu (warto zwrócić uwagę na to, że Lelek nie nosi plecaka ani torby podróżnej, tylko wiklinowy kosz na szelkach).

„Strażnicy Starego Lasu. Biała Wieża" to mądra, sprawnie napisana książka, która wykorzystując konwencję high fantasy opowiada o problemach, z którymi mierzyć się musi współczesny świat.

- recenzja książki Strażnicy Starego Lasu

Autorzy fantastyki bardzo lubią większe cykle, a szczególnie – trylogie. Tak zaplanował Pan również Strażników Starego Lasu

Pierwotnie planowałem napisać tylko jedną książkę. Ale kiedy przedstawiłem w Jaguarze konspekt i pierwszy rozdział, szefowe wydawnictwa zapytały, czy nie chciałbym od razu z tego zrobić trylogii. Jako że myśl o stworzeniu opowieści w duchu słowiańskiej fantasy chodziła za mną przez dobre dziesięć lat, miałem mnóstwo luźnych szkiców i koncepcji, które mogłem wykorzystać. Rozbudowanie konspektu nie stanowiło większego problemu. Teraz tylko to wszystko napisać.

Strażników Starego Lasu kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Avatar użytkownika - Poczytajka
Poczytajka
Dodany: 2019-11-07 16:20:38
0 +-

Choć raczej nie czytuję fantasy ta propozycja mnie zaciekawiła.


Avatar użytkownika - Lenka83
Lenka83
Dodany: 2019-11-07 11:24:47
0 +-

Nie moja kategoria literacka, ale... jest o czym poczytać w artykule.

Avatar użytkownika - slena1098
slena1098
Dodany: 2019-11-06 23:31:10
0 +-

Wywiad wart przeczytania. 

Avatar użytkownika - emilly26
emilly26
Dodany: 2019-11-06 17:11:34
0 +-

Jak widzę autor książki sympatyczny i szczery jest w swoich wypowiedziach.

Avatar użytkownika - martucha180
martucha180
Dodany: 2019-11-06 16:10:04
0 +-

Chętnie sięgnę po słowiański koloryt w takiej wersji, na razie przede mną "Jaga".

Avatar użytkownika - MonikaP
MonikaP
Dodany: 2019-11-06 14:17:20
0 +-

Ciekawa rozmowa, choć nie 'mój' gatunek ;)

Książka

Warto przeczytać

Recenzje miesiąca
Hotel ostatniej szansy
Nicki Thornton
Hotel ostatniej szansy
Pluszowy Zajączek
Iwonna Buczkowska
Pluszowy Zajączek
Pod tym samym niebem
Katarzyna Kielecka;
Pod tym samym niebem
Spowiedź Śmigłego
Sławomir Koper;
Spowiedź Śmigłego
Nobliści skandaliści
Sławomir Koper
Nobliści skandaliści
Walczyły w cieniu mężczyzn
Greg Levis, Gordon Thomas
Walczyły w cieniu mężczyzn
365 stron życia 2020
oprac. Justyna Wrona, Hubert Wołącewicz
365 stron życia 2020
Pokaż wszystkie recenzje