reklama

Bitwa skończyła się, nim zaszło słońce. "Czerwony Lotos"

Data: 2021-02-19 10:17:59 Autor: Piotr Piekarski

Kentaro miał w życiu jedno zadanie: chronić swoją Panią. Zawiódł.
Dostał drugą szansę i powinien wykorzystać ją mądrze. Chronić swoją nową rodzinę. Stanąć przeciwko dzikim najeźdźcom niszczącym kraj, wszak jeden Duch wart jest więcej niż setka samurajów. Poniechać zemsty na jedynym człowieku zdolnym ocalić Nippon przed barbarzyńską nawałą.
Tak, Kentaro powinien postąpić właśnie w ten sposób.

Niestety, o czym nie wspominają legendy, Duchy pozostają ludźmi. I potrafią i kochać i nienawidzić. Jak każdy, tylko znacznie mocniej.

Obrazek w treści

Czerwony Lotos to najnowsza powieść autorstwa Arkadego Saulskiego, która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Fabryka Słów. Jeśli jeszcze nie posiadacie własnego egzemplarza, koniecznie musicie to zmienić – tymczasem już teraz zachęcamy Was do lektury prmierowego fragmentu powieści:

Prolog

Czerwone liście spływają z drzew
 Łąki niosą dźwięk mieczy
 Krew barwi strumień
 Szkarłatem

Nobunaga Otomo przegrał bitwę, tylko jeszcze o tym nie wiedział.

Spoglądał ze wzgórza na przebieg starcia, przygryzając wargę. Samurajowie w centrum zgrupowania bronili się zajadle. Szczęk mieczy niósł się na wiele mil, krzyki walczących i mordowanych unosiły się ku niebu. Mandukowie napierali.

Lewa flanka była praktycznie rozbita, uderzenie konnych łuczników Manduków doprowadziło w szeregach wyposażonych we włócznie yari ashigaru do straszliwego spustoszenia, strzały wystawały z gleby tak gęsto, iż zdawało się, że to źdźbła traw. Trup leżał na trupie, krew wsiąkała w glebę, ale Mandukowie nie ustępowali. Zdawało się, że w kołczanach mają nieskończoną liczbę pocisków, miotali nimi ku chwiejącym się szeregom, zasłaniając słońce. Żołnierze Nobunagi ginęli setkami.

Po prawej samurajowie siekli przeciwników katanami. Któryś z tamtejszych dowódców zdecydował się na szalony krok i podjął pieszą szarżę na konnych. Ci, zaskoczeni szaleństwem wroga, pierzchli, samurajowie zaś swoimi mieczami no-dachi wykroili sobie krwawy korytarz w manduckich szeregach. Teraz jednak dowodzący Mandukami rzucił na ten odcinek posiłki. Wojownicy właśnie masakrowali ludzi Nobunagi.

Generał nawet ze wzgórza widział ginących i rannych. Dostrzegł samuraja pełznącego we własnej krwi, widział innego, który wymiotował czerwienią. W bitwie jest wiele chwały, jednak wcześniej należy przepłynąć przez ocean szkarłatu.

Armia Połączonych Klanów ginęła.

Zginął Toyotomo Nagara, zginął Aritami Takeda. Sam Nobunaga widział, jak obrywa strzałą i kona pod kopytami wrogich koni Nihoto Chosokabe, Wilk Złota, wybitny wojownik i ostatni ze swego rodu.

Armia Połączonych Klanów ginęła. Mandukowie byli niepokonani.

Ale Nobunaga Otomo nie chciał się z tym pogodzić.

Spojrzał w prawo i w lewo. Zobaczył, jak praktycznie załamuje się lewa flanka, jak poborowi włócznicy pierzchają z pola bitwy, ścigani przez Manduków. Błyskały szable i miecze, kopyta tratowały chłopów. Bóstwa śmierci skręcały się z rozkoszy, chłepcząc krew wojowników.

Nobunaga wiedział, że nadszedł decydujący moment bitwy, moment, w którym on i jego elitarna gwardia muszą ruszyć do walki, wyciąć sobie krwawy szlak pośród wojsk nieprzyjaciela, pokonać raz na zawsze brutalnego najeźdźcę i wygnać go z wysp.

Spojrzał na swoich ludzi. Byli gotowi. Na walkę. Na śmierć.

Honor jest wieczny.

– Zenpo ni! Naprzód! – ryknął Nobunaga.

Jego żołnierze tylko na to czekali. Spięli konie, dobyli mieczy.

– Shi! – zakrzyknęli. – Śmierć!

Pięćdziesięciu jeźdźców ruszyło w dół zbocza, ostatnie siły Armii Połączonych Klanów. Ostatnia nadzieja wysp na pokonanie brutalnego najeźdźcy.

Pędzili w dół zbocza, a ziemia aż się trzęsła pod kopytami. Wrogowie nagle poczuli lęk, widząc ten zastęp diabłów.

Potężne zbroje, zdobne rogate hełmy, maski demonów zakrywające oblicza samurajów. Błysk zakrzywionych mieczy. Spocone konie.

Shi. Śmierć.

Kujo. Zagłada.

Wbili się w szeregi wroga.

Ryk był ogłuszający. Mandukowie wrzeszczeli wściekle, rąbani mieczami i dźgani lancami samurajów. Wielu padło pod kopytami bojowych rumaków, wielu odrzuciło broń w lęku i oddało życie pod mieczami żołnierzy.

Zagłada.

Nobunaga siekł i rąbał. Krew z rozciętych tętnic pryskała wysoko w górę, barwiła karminem jego zbroję, maskę i konia.

Był generałem ostatniej armii, która mogła stawić czoła Mandukom. Musiał zwyciężyć. Musiał ocalić wyspy.

Albo zginąć.

Siekł w dół, przebijając marny hełm pieszego Manduka, pchnął sztychem, wbijając głownię w oczodół kolejnego.

– Eiko! – zakrzyknął. – Chwała!

Wtedy to dostrzegł.

Mandukowie od początku bitwy mieli przewagę. Trzech, czterech ich ludzi na jednego żołnierza Armii Połączonych Klanów.

Nobunaga, widząc wokół stosy trupów, był przekonany, że pokonał co najmniej połowę tej armii, że oto bogowie sądzą większą część sił wroga.

Lecz Mandukom nie było końca.

Oto znad wzgórza po prawej wychodziły kolejne legiony. Nobunaga widział sztandary, widział zbroje, widział dowódców.

W tym Shughis-chana. Głównego wodza wrogiej armii. Wielkiego przywódcę najeźdźców.

Szedł na czele swoich sił. Po zwycięstwo.

I wtedy Nobunaga zrozumiał, dlaczego się urodził, dlaczego jego ojciec posiadł jego matkę, dlaczego jego matka w bólu i łzach wydała go na świat w zamku Takeri o świcie czterdzieści osiem lat temu.

Dla tej bitwy. Dla tej chwili. Aby ocalił Nippon.

Nobunaga spiął konia. Ścisnął mocniej rękojeść katany. Zaszarżował.

– Watashi no ushironi! – krzyknął. – Za mną. Śmierć!

Śmierć!

Za nim do szarży dołączyli kolejni samurajowie, błyskały miecze, zadźwięczały łuki. Strzały pomknęły ku oddziałom Manduków.

Shughis-chan nosił pełną zbroję i maskę ze złota, uformowaną w oblicze demona.

Starli się z wrzaskiem.

Konie stratowały pierwsze szeregi, ale potem zatrzymały się w ludzkiej ciżbie. Nobunaga ciął i rąbał, przebijając się bliżej i bliżej ku chanowi Manduków.

Tryskała krew, jęczeli mordowani.

W końcu jednak ktoś dźgnął konia dowódcy włócznią, wierzchowiec stanął dęba i zrzucił z siebie Nobunagę. Ten padł ciężko na ziemię, ale wstał szybko, porwał katanę, rozpłatał dwóch Manduków obok siebie, odepchnął kolejnego, piruet, cięcie, tryska krew.

Shughis-chan. Tak blisko!

Nobunaga ciął raz i drugi, zabił kolejnych Manduków. Ci podchodzili, lecz samuraj był nie do trafienia. Tylko błysk żelaza, krew i śmierć.

– Chanie! – zakrzyknął wojownik. – Stań naprzeciw mnie!

Chan zszedł z lektyki. Stanął.

Dobył długą szablę i odepchnął swych wojowników.

Nobunaga zabił kolejnych dwóch Manduków, nastawił miecz i stanął naprzeciw wroga.

Oto za chwilę miała rozstrzygnąć się przyszłość Nipponu.

Wojownicy ginęli wszędzie wokół, ziemia była lepka od krwi. Bogowie śmierci smakowali szkarłat.

Nobunaga Otomo stał naprzeciw Shughis-chana. Jeden z nich tego dnia stanie się nieśmiertelny.

Starli się. Długa katana Nobunagi kontra krótsza szabla chana. Wymieniali wściekłe cięcia, ataki, parady, odbicia, kontry. Błyskało żelazo, chrzęściła stal, krzesały się iskry.

Nobunaga ciął raz i drugi, odskoczył, odbił podstępny atak z dołu, kontrował bezbłędnie, trafił! Ale jego miecz nie przebił zbroi wroga, odbił się od utwardzonego papieru.

Wojownicy spoglądali na walkę z podziwem, tak jakby walczyli sami bogowie.

Bo to istotnie walczyli bogowie.

Chan był zręczny, szybki i silny, silniejszy niż samuraj. Ciosy nie dosięgały go, za każdym razem parował albo przyjmował na twardą zbroję.

Gdzieś tam, w oddali, ginęli wojownicy Nipponu, a Mandukowie wyrzynali ostatnich żołnierzy. Jednak bitwa rozstrzygała się właśnie tu.

W końcu Nobunaga poczuł, że ogarnia go zmęczenie. Wiedział, że to ostatni moment, wiedział, że potem czeka go tylko śmierć z rąk barbarzyńcy.

Więc zaatakował. Ostatni raz.

Markował pchnięcie, po czym okręcił broń wokół parady nieprzyjaciela i przeszedł do cięcia. Niskiego, z prawej, tam gdzie chan nie mógł się osłonić.

Ale chan się osłonił.

Odbił cięcie, wybił katanę z rąk Nobunagi, kontrował błyskawicznie.

Żelazo wbiło się w ciało dowódcy Armii Połączonych Klanów, rozsiekło je, zagłębiło się w szparze zbroi aż po rękojeść.

Chan uśmiechnął się. Wyrwał broń.

Krew trysnęła gęstym strumieniem wysoko w górę.

Nobunaga padł na kolana. Kaszlnął czerwienią, oparł się na dłoniach, wiedząc, że oto uchodzi z niego życie.

– Haiboku – szepnął. – Klęska.

Padł na twarz.

Tak umarł Nobunaga Otomo, ostatni, który zjednoczył klany, ostatni, który mógł pokonać Manduków.

Ich armia właśnie rozbijała samurajów, niedobitki pierzchały do lasów i na wzgórza. Na polu bitwy pozostały bezładne stosy ciał.

Bitwa skończyła się, nim zaszło słońce. Shughis-chan pokonał pobojowisko niesiony w lektyce przez dwudziestu niewolników.


Po tym jak Mandukowie odeszli, zabrawszy broń i łupy, na polu bitwy zjawiły się kobiety.

Łkały głośno, odnajdując mężów, oglądając zmasakrowane ciała ojców, wujów, synów i braci.

Smród odbierał zmysły, wyciskał łzy z oczu.

Stosy ciał. Krew zalewająca błoto. Czerwone słońce.

Chłopiec klęczał przy jednym z ciał, ściskał w dłoniach miecz. Ile miał lat? Osiem? Dziesięć? Nie więcej.

Kobiety zawodziły.

Ktoś stanął nad chłopcem. Mężczyzna o gęstej siwej brodzie, twardym ciele. Rosły i silny.

– Kim jesteś? Jesteś trupem? – zapytał.

Chłopiec uniósł głowę. W jego oczach krył się żal i furia.

– Nie, nie trupem. Nie trupem, bo się ruszasz. Więc kim? Duchem? Seishin?

Chłopiec milczał.

Mężczyzna dobył miecz, skierował sztych ku gardłu dziecka. Jednak zamiast ciąć, delikatnie uniósł brodę malca.

– Duchem, tak, to pewne. Kim był dla ciebie ten człowiek? Twój ojciec? Brat? Wuj? Wiesz, że teraz to bez znaczenia? To jego miecz?

Chłopiec mocniej ścisnął broń.

– Zabijesz mnie, jeśli ci ją odbiorę?

Chłopiec spoglądał zimno.

– Zabijesz – potwierdził mężczyzna. – A przynajmniej spróbujesz. To dobrze. To bardzo dobrze. Będziesz nim. Seishin. Będziesz Duchem.

Chłopiec patrzył na mężczyznę. Ten schował miecz.

I zabrał ze sobą chłopca.

Powieść Czerwony lotos już teraz kupić możecie w popularnych księgarniach internetowych:

REKLAMA

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Czerwony lotos
Arkady Saulski 0
Okładka książki - Czerwony lotos

"Mawiano, że starsze Duchy porywają dzieci, by prać im umysły i szkolić na bezwzględnych wojowników. Twierdzono, że ich dusze zastępuje się demonami...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Recenzje miesiąca
Spowiedź Goebbelsa
Christopher Macht
Spowiedź Goebbelsa
A miał być happy end
Katarzyna Kalicińska
A miał być happy end
Niskorosła
Joanna Bartoń
Niskorosła
Sam i Watson patrzą sercem
Ghislaine Dulier
Sam i Watson patrzą sercem
Największy sekret
Rhonda Byrne
Największy sekret
Czerwona księżniczka
Sofka Zinovieff
Czerwona księżniczka
Cóś
David Walliams
Cóś
Pokaż wszystkie recenzje