Szpital dla przewlekle chorych. Fragment książki „Robimy wszystko, co w naszej mocy"

Autor: Sławomir Krempa
News - Szpital dla przewlekle chorych. Fragment książki „Robimy wszystko, co w naszej mocy

Na co dzień zachwycamy się postępem, jaki poczyniła współczesna medycyna, która potrafi przedłużyć ludziom życie nawet o kilka czy kilkanaście lat. Podziwiamy pełną poświęcenia pracę lekarzy i ratowników, obserwujemy informacje o nowatorskich zabiegach ratujących życie. Ale co dzieje się, gdy pacjent opuści już OIOM? Jak funkcjonują odratowani pacjenci? Czy ich życie sę zmienia?

Pytania te zadała sobie pracująca na Oddziale Intensywnej Opieki Medycznej lekarka, Daniela Lamas. W poszukiwaniu odpowiedzi poznała osobiste historie swych byłych pacjentów i ich krewnych i opisała je w książce Robimy wszystko, co w naszej mocy. Opowieści z OIOM-u. Historię jednego z takich przypadków zaprezentowaliśmyw naszym serwisie w ubiegłym tygodniu. Dziś czas na kolejny fragment publikacji – i kolejną historię:  

Niedługo po tej pierwszej sesji w klinice zajmującej się oceną pacjentów pod kątem możliwości wykonania przeszczepu trafiłam w ramach rotacji do Spauldinga, szpitala oferującego opiekę dla obłożnie chorych, gdzie poznałam Charliego Atkinsona. Dyżury w Spauldingu nie cieszą się równie dużym zainteresowaniem co te na OIOM-ie i często trafiają do niego tacy jak ja „pierwszoroczniacy”. Jedno było pewne: pisarz mógł tu zebrać materiał do książki. Ale podejrzewałam, że dla lekarza była to okazja do poznania granic prognozowania i zrozumienia, jak wygląda życie pacjentów, którzy nie umarli, ale też ich stan się nie poprawił: ocalałych tkwiących gdzieś między tymi dwiema kategoriami.

Gdy w przeszłości przemierzałam korytarze Spauldinga, byłam tylko obserwatorką i pisarką. Dlatego dziwnie się poczułam, gdy przekroczyłam mury szpitala jako lekarka. Z jednej strony wszystko było znajome, z drugiej zupełnie obce. Wydrukowałam sobie listę pacjentów i zaczęłam poranny obchód. Na drzwiach sali, którą odwiedziłam na początku, widniał znak zakazujący wchodzenia bez maski i żółtego fartucha. Posłusznie nałożyłam odzież ochronną, zapukałam do drzwi – co, jak się później dowiedziałam, doprowadzało moją pacjentkę do szału, ponieważ rano była podpięta do respiratora i nawet gdyby chciała powstrzymać kogoś przed wejściem, i tak nie mogłaby tego zrobić, a kiedy nikt nie odpowiedział, weszłam do środka. Ściany sali były wzdłuż i wszerz pokryte kartami z życzeniami. Obok łóżka siedziała na krześle dwudziestokilkulatka w szortach i koszulce, z przerzedzającymi się włosami zaplecionymi w dwa warkocze.

- Nie musi pani nosić maseczki – poinformowała mnie, kiedy się przedstawiłam. Co prawda była podpięta przez rurkę tracheotomijną do respiratora, co oznaczało, że nie mogła wydać z siebie żadnego dźwięku, ale z ulgą stwierdziłam, że bez trudu czytam z ruchu jej ust. No, chyba że ma pani suchy kaszel albo, czy ja wiem, zamierza mnie polizać czy coś w ten deseń.

- Raczej nie – odpowiedziałam z uśmiechem.

Przyłożyłam stetoskop do jej klatki piersiowej, posłuchałam, jak powietrze wnika do jej poranionych płuc i je opuszcza, a na koniec upewniłam się, czy chce później odstawić respirator, jak to robiła dzień w dzień podczas fizjoterapii, niekiedy z powodzeniem. Odhaczyłam jej nazwisko na liście. Miałam do odwiedzenia niemal trzydzieścioro pacjentów. Jedyne, co mogłam zrobić pierwszego dnia, to postarać się nieco lepiej ich poznać.

 W tej grupie znalazła się m.in. łagodna, nieco zdziecinniała starsza pani, która nie mogła wrócić do domu z powodu wysokiego zapotrzebowania na tlen; podczas pobytu u nas całe dnie ślęczała nad kolorowankami dla dorosłych. Po drugiej stronie zasłony leżała jej współlokatorka, sarkastyczna i nerwowa nowojorczanka, u której zdiagnozowano raka płuc. Jej spojrzenie i wyraz twarzy jednoznacznie sugerowały, że niemożność wypowiedzenia z powodu rurki tracheotomijnej choćby jednego słowa doprowadza ją do szału. W kolejnej sali pewien otyły mężczyzna, który z powodu zespołu obturacyjnego bezdechu śródsennego musiał na noc zakładać maskę respiratora, powiedział mi, że jestem piękna jak gwiazda filmowa i każdego ranka dopytywał, czy mam męża („Nadal nie”, odpowiadałam, również wtedy, gdy przestało mnie to już bawić).

Zdarzali się też pacjenci, z którymi nie potrafiłam się porozumieć: osoby po poważnym urazie mózgu i ci, których nawracające infekcje wpędziły w majaki. Niektórych odwiedzali krewni, dzień w dzień przesiadujący przy łóżkach swoich bliskich; inni trwali w wiecznym osamotnieniu. Pewna na stałe podpięta do respiratora pacjentka leżąca w sali na końcu korytarza skończyła u nas 85 lat. Trafiła tutaj po zamknięciu szpitala rehabilitacyjnego i nie miała szans na powrót do domu. Istniało spore prawdopodobieństwo, że po prostu nie ma dokąd się udać. Dla zabicia czasu układała elektroniczne puzzle; co jakiś czas odwiedzał ją syn, raz na kilka tygodni, kiedy terapeuta oddechowy znalazł dla niej czas, trafiała się jej wycieczka poza mury szpitala. Już wtedy, pierwszego dnia, gdy w błyskawicznym tempie zaliczałam kolejnych pacjentów ze swojej listy, rozumiałam, że jeśli zbyt mocno zwiążę się z nimi emocjonalnie, to utonę. I na pewno nie dokończę swoich notatek.

 Ale młoda kobieta, którą poznałam na początku, przyciągała mnie ku sobie. Przez jakieś sześć godzin dziennie, kiedy oddychała bez respiratora, mogłam usłyszeć jej głos. Na okrutną ironię losu zakrawał fakt, że taka gaduła była przez większość dnia zmuszona milczeć. Lubiłam jej słuchać. Bawiły mnie jej szczere i nad wyraz trafne uwagi dotyczące lekarzy i pielęgniarek oraz opowieści – na przykład o tym, że założyła się z mamą, czy zdoła wywołać uśmiech na twarzy wyjątkowo poważnego lekarza. (Trwało to kilka miesięcy, ale osiągnęła swój cel. Chociaż nie pamiętała już, jak tego dokonała). Jako że spędzałam z nią więcej czasu, niż musiałam, w trakcie kolejnych dni podzieliła się ze mną swoją historią. Kiedy na pewnym etapie studiów zaczęło dawać się jej we znaki silne zmęczenie, uznała, że złapała grypę albo mononukleozę. Badania wykazały jednak, że cierpi na ostry przypadek białaczki. Przez nią musiała rzucić studia i natychmiast rozpocząć chemioterapię, która doprowadziła do remisji choroby. Moja pacjentka wróciła na uczelnię i niemal uwierzyła, że wszystko skończy się dobrze. Kilka miesięcy później białaczka ponownie uderzyła. Od tamtej pory minęło ponad pięć lat i choć nowotwór został pokonany, terapia wywołała długofalowy skutek uboczny w postaci postępującej choroby płuc.

– Wariactwo, co nie? – zapytała.

Pokiwałam głową. Nigdy nie wiedziałam, jak powinnam za­reagować na takie opowieści. Zaczynałam się zamartwiać, że każde kaszlnięcie może dla mnie oznaczać raka płuc, a piegi na nogach, że mam czerniaka we wczesnym stadium – dodała.

 – To nie wszystko. Usłyszałaś wersję skróconą – kontynuowała. – Ale to i tak więcej, niż wyczytasz z mojej karty.

Fakt. Zapytałam, jak zabija czas. Odparła, że próbowała już dosłownie wszystkiego. Przez jakiś czas namiętnie oglądała Netfliksa, ale w końcu się zmęczyła. Surfowała po sieci, przeglądała profile znajomych na Facebooku, a jeśli czuła się lepiej, próbowała nawet szydełkowania. Ale kończyły jej się pomysły. Zdarzało się, że kiedy ją odwiedzałam, siedziała na krześle wpatrzona w ekran telefonu albo wyglądała przez okno, zatopiona w myślach. Od czasu do czasu zjawiał się ktoś z jej znajomych i jeśli akurat nie była podłączona do respiratora, trajkotała z nimi do utraty tchu. Kiedy nie mogła mówić, używała gestów i bezgłośnie poruszała ustami. Na tydzień przed naszym pierwszym spotkaniem po raz pierwszy od wielu miesięcy pozwolono jej wyjść na zewnątrz. Pod opieką fizjoterapeutki przespacerowała się do sklepu z artykułami medycznymi na końcu ulicy, żeby wypróbować nowe chodziki. Okropnie się przy tym zmęczyła, ale wróciła zadowolona.

Podczas któregoś z moich codziennych porannych obchodów zapytała mnie o coś. Chciała wiedzieć, czy przeżyłaby bez respiratora. Kompletnie mnie tym pytaniem zaskoczyła i przez krótką chwilę nic nie odpowiedziałam. Zastanawiałam się, czy doda coś więcej, czy zapyta, co to dla niej znaczy i czy wróci jeszcze do domu, a ja musiałabym wtedy powiedzieć, że mam taką nadzieję, ale nie mogę niczego obiecać. Ale nie, milczała.

- Cóż, potrzebujesz go, ponieważ podtrzymuje funkcje życiowe organizmu. Więc raczej byś nie przeżyła… Dlaczego pytasz?

Wzruszyła lekko ramionami.

- Tak się tylko zastanawiałam, ale zdążyłam się domyślić – powiedziała bezgłośnie. – Jestem podłączona przez dziurę w gardle do aparatury podtrzymującej życie.

Pochyliła się na krześle do przodu i podciągnęła koszulkę, żebym mogła wykonać nasze codzienne badanie. Kiedy przyłożyłam stetoskop do jej pleców i zaczęłam nasłuchiwać cichego oddechu, wyraźnie czułam, że pytanie i jego konotacje, niewypowiedziane, ale niezwykle ważne, zmieniły atmosferę w pokoju.

Kilka dni później, kiedy w piątkowy wieczór wpadłam do niej, by poinformować o niewielkiej zmianie w nocnych ustawieniach respiratora, odkryłam, że jej sala zamieniała się w indyjski bufet. Odwiedzili ją rodzice oraz przyjaciółka i nie byłam pewna, czy powinnam im przeszkadzać. Najchętniej dałabym im czas na dokończenie posiłku, ale robiło się późno.

Kiedy moja pacjentka dostrzegła, że stoję w drzwiach, gestem zaprosiła mnie do środka.

- Proszę się częstować – powiedziała jej mama, podając mi talerz. Potrząsnęłam przecząco głową, wyjaśniając, że wpadłam tylko po to, by dać znać ich córce o zmianie w ustawieniach respiratora.

- Dzisiaj w nocy nieznacznie zwiększymy ciśnienie – wyjaśniłam.

Mieliśmy nadzieję, że dzięki temu w trakcie dnia będzie mogła na dłużej odstawić aparat. Skinęła głową, wyraźnie nieobecna, po czym wskazała jedzenie.

- Spoko. Spróbuj – zachęciła mnie bezgłośnie.

Zawahałam się. Nigdy nie wiedziałam, jak powinnam się zachować w takiej sytuacji. W sali rozbrzmiewał znajomy, przypominający westchnienie dźwięk respiratora. Nie zagłuszyły go nawet pogaduchy przy kolacji. Przypomniałam sobie, że to aparatura służąca podtrzymaniu funkcji życiowych. Wróciło do mnie pytanie, które padło kilka dni wcześniej – i te wszystkie, których moja pacjentka nie wypowiedziała. Sięgnęłam po talerz.

- Dziękuję.

Ściągnęłam maskę i ugryzłam kęs. Pierwszy raz normalnie oddychałam w tej sali. Jedzenie było ciepłe i pikantne w smaku. Oparłam się o ścianę. Maska zsunęła się na wysokość szyi, a ja zdziwiłam się, jak komfortowo się czuję. Nie chciałam przeszkadzać im w posiłku, więc chwilę potem się pożegnałam.

W naszym serwisie możecie już przeczytać kolejny fragment publikacji Danieli Lamas!

Jeśli zainteresowała Was ta książka, możecie ją kupić w popularnych księgarniach internetowych: 

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Recenzje miesiąca
Czego uszy nie widzą
Tyszka Agnieszka
Czego uszy nie widzą
Kołysanka z Auschwitz
Mario Escobar
Kołysanka z Auschwitz
Uciec jak najbliżej
Barbara Ciwoniuk
Uciec jak najbliżej
Pokaż wszystkie recenzje