Nie planowałam zostania samotną matką. Fragment książki „Zemsta ze skutkiem śmiertelnym"

Data: 2020-10-14 14:58:07 Autor: Piotr Piekarski

Magda, bohaterka powieści W jak morderstwo, właśnie rozstała się z mężem i próbuje się odnaleźć w tej nowej, trudnej sytuacji. Pewnego dnia na jej oczach ginie kobieta, potrącona przez rozpędzony samochód. Kierowca ucieka z miejsca wypadku. Tego samego dnia w miasteczku zostaje porwane dziecko. Czy te dwie historie coś łączy?

Magda rozpoczyna prywatne śledztwo, podczas którego nie tylko będzie sobie musiała poradzić z bezwzględnymi bandytami, ale i z policją, dla której amatorskie działania Magdy to poważny kłopot organizacyjny oraz wizerunkowy.

Obrazek w treści

Czy porywaczom chodzi tylko o pieniądze? Czy Magdzie uda się ocalić życie dziecka? Oraz czy u boku Magdy pojawi się jakiś nowy mężczyzna? Tego wszystkiego dowiemy się z powieści Zemsta ze skutkiem śmiertelnym. To kolejny tom kryminalnych przygód sympatycznej i wścibskiej pani weterynarz. Autorką powieści jest scenarzystka i pisarka, Katarzyna Gacek. Do lektury zaprasza Oficynka. W ubiegłym tygodniu w naszym serwisie mogliście przeczytać premierowy fragment książki Zemsta ze skutkiem śmiertelnym. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii: 

Trzy miesiące temu moje życie z bezpiecznej łąki porośniętej stokrotkami zmieniło się w zdewastowane i wypalone ogniem pole walki, na którym bezustannie toczą się teraz mniejsze i większe potyczki. Nie muszę chyba wyjaśniać, że większość z nich przegrywam z kretesem. Nie planowałam zostania samotną matką, wręcz odwrotnie – swoją przyszłość widziałam wyłącznie na łonie pełnej rodziny. Przez trzynaście lat beztrosko uzależniłam się od męża, wykarczowując z mojego DNA gen odpowiedzialny za samodzielne podejmowanie decyzji. A teraz przekonywałam się ze zdziwieniem, że po tylu latach bycia kobietą bluszczem nie jest łatwo bez podpory uchwycić pion. Bujałam się więc, przerażona, na wszystkie strony, a szukanie kolejnego muru, kraty czy siatki nie miało sensu, zanim nie usztywnię łodygi. Na co na razie się nie zanosiło.

Kiedy tak sobie siedziałam, analizując sytuację i obserwując kątem oka, jak po nosie spływa mi kolejna łza, znów ktoś zadzwonił do furtki. Oczami wymęczonej i zmarnowanej wyobraźni zobaczyłam natychmiast panów z gazowni, którzy się zreflektowali i wracają dokończyć dzieła. W pierwszym odruchu chciałam się nawet schować pod stół, jednak jakoś się opanowałam. Podniosłam się i ostrożnie wyjrzałam przez okno, a kiedy zobaczyłam pod furtką dwie niewielkie znajome sylwetki, z piersi wyrwało mi się westchnienie ulgi. Nacisnęłam guzik domofonu, wpuszczając mojego dwunastoletniego syna i jego najlepszego kumpla Olafa. Z ich strony nic mi raczej nie groziło.

Trzasnęły drzwi wejściowe.

– Cześć! – głos syna brzmiał buńczucznie, wyczułam w nim również nutę zniecierpliwienia, którą dobrze znałam. Oznaczała głód.

– Cześć, synu! – odkrzyknęłam, uświadamiając sobie jednocześnie, że na obiad nie mam kompletnie nic.

– Cześć, ciociu! – dobiegło z sionki.

– Cześć, Oli!

Gdybym miała mieć trzecie dziecko, choć uważam, że dwoje to i tak aż nadto, tym dzieckiem mógłby być Olaf. Chłopak wyróżniał się spośród wszystkich przyjaciół Kuby wyjątkowo pozytywnym podejściem do życia, posiadał też nieprzebrane pokłady specyficznego poczucia humoru. Lubiłam go.

– Co na obiad? – zapytał Kuba, zaglądając do kuchni i ostentacyjnie poklepując się po żołądku.

– Niespodzianka! – starałam się, żeby w moim głosie zabrzmiał entuzjazm. – Zawołam was, jak będzie gotowe!

– Aha, czyli pizza – skomentował bezczelnie synek.

Spiorunowałam go wzrokiem. A kiedy wyszli z kuchni, sięgnęłam po komórkę i wybrałam numer „Bazylii”.

– Halo? Chciałam zamówić trzy średnie Margherity. Z dowozem.

Czterdzieści minut później wciąż siedziałam przy kuchennym stole, choć jego krajobraz nieco się zmienił – cały blat zajmowały pudełka z pizzą, a Kuba i Olaf pochłaniali kolejne kawałki. Na podłodze, między krzesłami chłopców, siedział Alf i przenosił błagalny wzrok z jednego na drugiego w nadziei, że uda mu się wyżebrać jakiś okruszek.

Posmarowałam swoją pizzę gęstym pomidorowym sosem, pochlapałam czosnkowym, a potem odsunęłam od siebie talerz. Kompletnie nie miałam apetytu.

– Ty mamo znowu na diecie? – zainteresował się Kuba. Wiadomo, że ludzie dzielą się na dwie grupy: jedni na problemy reagują, przestając jeść; drudzy, z tego samego powodu, zaczynają się obżerać. Ja należałam do tych ostatnich. Dlatego po trzech miesiącach składających się wyłącznie z kłopotów gabarytami zaczęłam niepokojąco zbliżać się do kaszalota. Przypominała mi o tym, kilka razy dziennie, nasza kolosalnych rozmiarów szafa o wdzięcznej ksywce Kobyła. Rezydowała w holu na piętrze i była najbardziej znienawidzonym przeze mnie meblem świata. Nie dość, że regularnie gubiła klucze, to ostatnio nauczyła się uchylać środkowe drzwi, te z lustrem, dokładnie o tyle, żebym przechodząc obok, musiała zobaczyć w nim swoje odbicie. Złośliwa larwa i prowokatorka, ponieważ efektem jej działań były kolejne diety cud, za które się łapałam. Średni czas przestrzegania: dwie doby.

– Nie, nie jestem na diecie – wyjaśniłam. – Tylko jakoś nie mam ochoty…

– To mogę? – zainteresował się natychmiast synek.

Przesunęłam talerz w jego stronę. Kuba chwycił mój kawałek i wepchnął do ust.

– Dzięki, mateczko – wymamrotał niewyraźnie.

Ciekawe, skąd wziął tę archaiczną formę. Bo nie z książek, to pewne.

Przez chwilę słychać było pracowite ciamkanie. Kiedy przełknął, coś mu się nagle przypomniało.

– Popatrz, jaki Olaf ma ekstra smartwatch! – oświadczył podekscytowany. – Pokaż, stary – polecił przyjacielowi.

Olaf posłusznie wyciągnął rękę nad stołem i podsunął mi pod nos. Na wąskim nadgarstku, oprócz żółtej, uplecionej ze sznurka bransoletki, którą przywiózł z wakacji, tkwiła czarna szeroka opaska przypominająca raczej gadżet kosmonauty niż zegarek. Kiedy Olaf poruszył ręką, opaska nagle ożyła i pojawiły się na niej duże kolorowe cyfry.

– Bardzo ładny – wyraziłam uznanie.

– Ładny? – prychnął Kuba. – Mamo, on nie jest ładny, on jest SMART! Wiesz, ile ma funkcji?

Pokręciłam przecząco głową, co moje dziecko potraktowało najwyraźniej jako zachętę.

– Olaf, zademonstruj – zarządził.

Właściciel zegarka z miną prestidigitatora puknął palcem w opaskę.

– Tak się go włącza – wyjaśnił. – Wtedy tu się pokazuje godzina, tutaj tętno… – tłumaczył, przesuwając palcem po ekranie. – Tu, ile zrobiłem kroków, ile przeszedłem kilometrów, a gdybym jechał na rowerze, to pokaże, jak szybko. Liczy też, ile spaliłem kalorii.

Pomyślałam, że mierzenie spalonych kalorii bardzo by mi się przydało.

– No i jest połączony z telefonem. Mogę na nim odbierać rozmowy i czytać wiadomości, a nawet wysyłać mogę.

– Możesz z niego pisać esemesy? – pokręciłam głową z niedowierzaniem.

– Czad, ciociu, co nie? Normalnie ze smartwatcha się nie da, ale to jest zaawansowany model…

– Imponujące – przyznałam, choć od nadmiaru informacji zaczynało mi się kręcić w głowie. – I bardzo praktyczne.

Tego ostatniego zdania akurat nie musiałam dodawać, bo Kuba podchwycił je natychmiast i wykorzystał w celu, którego po tej demonstracji powinnam się spodziewać.

– Taki zegarek się super przydaje – zaczął wypowiedź w sposób rozsądny i wyważony. – Jak ktoś trenuje na przykład bieganie…

W tym momencie zrozumiałam wszystko.

– Kochanie, ale ty nie trenujesz.

– Ale będę!

Westchnęłam.

Westchnieniem reaguję właściwie na wszystko. Co prawda moja najlepsza przyjaciółka Elka twierdzi, że nie należy wzdychać, bo wzdychają tylko ludzie starzy, ale na szczęście nie było jej tutaj teraz i mogłam sobie robić, co chcę. Zwłaszcza że, jeśli chodzi o wiek, czułam się jak mastodont.

Mój syn rzeczywiście zamierzał trenować. W tym roku w maju po raz pierwszy wystartował w Podkowiańskiej Dysze, dużej imprezie biegowej organizowanej co roku w naszym mieście. Na dystansie ośmiuset metrów, przeznaczonym dla dzieci, był czwarty, najgorsze miejsce tuż za podium, ale poczuł wiatr w żaglach i postanowił tak się przygotować, żeby za rok pobiec pięć kilometrów.

Systematyczność nie była jednak najmocniejszą stroną Kuby. Mieliśmy wrzesień, a od maja mój syn wybrał się na trening zaledwie raz. Słomiany zapał, mówiła w takich sytuacjach moja świętej pamięci babcia, a Elka nazywała to brakiem motywacji.

Zrozumiałam, że gdyby na nadgarstku syna pojawił się smartwatch, poczułby się zmotywowany jak nigdy.

Tekst „Mamo, kupisz mi taki?” zawisł niewypowiedziany nad pustym jak moje konto pudełkiem po pizzy. Nie, nie kupię, pomyślałam, choć nie powiedziałam tego głośno. Po pierwsze dlatego, że nie byłoby to specjalnie wychowawcze. A po drugie… No cóż, choć nie posunęłam się do tego, żeby zapytać Olafa o cenę kosmicznego cacka, nie sądzę, żeby było mnie na nie stać. Przy aktualnym stanie finansów być może mogłabym się szarpnąć na ładowarkę do smartwatcha, a i tego nie byłam pewna.

– A jak tam lekcje na jutro? Dużo macie zadane? – spytałam niewinnym tonem.

Spojrzeli na siebie w popłochu, co oznaczało, że trafiłam.

– E, mało. Tylko trochę z matmy. I z polskiego…

Z nonszalancji, z jaką Kuba wzruszył ramionami, wywnioskowałam, że czeka ich kupa roboty.

Olafowi nagle zaczęło się spieszyć.

– Kurczę, ta matma… To ja już pójdę… Dziękuję za pizzę – powiedział grzecznie, wstając od stołu. – Do widzenia, ciociu.

– Mogę go odprowadzić? – poprosił Kuba lekko obrażonym tonem.

– Możesz – zgodziłam się. – Ale za kwadrans masz być z powrotem.

Ostatnie zdanie powiedziałam już do ich pleców.

– Wyzeruj krokomierz – usłyszałam jeszcze głos Kuby. – Zobaczymy, ile jest kroków od nas do was.

W naszym serwisie przeczytacie już kolejny fragment książki Zemsta ze skutkiem śmiertelnym. Powieść Katarzyny Gacek kupicie w popularnych księgarniach internetowych: 

REKLAMA

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Zemsta ze skutkiem śmiertelnym
Katarzyna Gacek0
Okładka książki - Zemsta ze skutkiem śmiertelnym

Kiedy życie podsuwa ci kolejny kryminalny trop. Magda, bohaterka „W jak morderstwo”, właśnie rozstała się z mężem i próbuje się odnaleźć...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo